Nadszedł dzień pogrzebu. Ranek dziwnie przeminął nie zapisując się zbyt dobrze w mojej pamięci.
Spojrzałam na leżące na łóżku czarne rurki i oversizowy, cienki sweter w tym samym kolorze. Nie wiem czy na pogrzeb powinnam zakładać spodnie, spódnice czy może sukienkę. Żadna z nas nie wiedziała tak więc każda postawiła na coś innego - Klementyna, na sukienkę rzecz jasna.
Nie chciałam się malować, ale patrząc na swoje odbicie doszłam do wniosku, że warto coś jednak poprawić.
- Serio Riley? Nawet dzisiaj? - Melania niemalże warknęła, na co moja dłoń się zatrzęsła a trzymana przeze mnie bordowa pomadka, wpadła do zlewu łamiąc się.
- Nie wiem. - Pochyliłam głowę w dół powstrzymując się od płaczu, starałam się skupić myśli na czymś innym niż pogrzeb mojej mamy. Właśnie w tym momencie dotarło do mnie, że się okłamuje. To miejsce jest zwyczajnie brzydkie. Białe, małe, kwadratowe kafelki na których stałam a które były też na ścianie wokół zlewu i lustra, były stare i gdzieniegdzie popękane. Sam zlew był aż żółty, a lustro oczywiście było ukruszone w lewym dolnym rogu.
- Melania, myślę, że ona chcę po prostu zachować resztki normalności...
- Malując się na pogrzeb naszej matki?!
Ich jeszcze nie zaczętą na dobre kłótnię, przerwało pukanie do drzwi. Najwyraźniej osobnik który się za nimi znajdywał nie miał w zwyczaju pukać, bo zaraz wszedł do pokoju dziewczyn taksując je wzrokiem.
- Kastiel. - Rzucił tylko po czym widząc, że nie jesteśmy jeszcze gotowe, usiadł na moim łóżku, gdy mnie minął poczułam woń papierosów i czegoś jakby cynamonu.
Ubrany był w ciemnoszare rurki, wsadzone w ciężkie glany do połowy łydek, w czarnej bluzce na długi rękaw, bez żadnych nadruków. Jego ciemno brązowe włosy z lekkim prześwitem wiśni z tyłu były tak długie, że niemal dotykały obojczyków, przód za to był bardziej wycieniowany, całość była ułożona raczej niedbale.
Od razu zauważyłam, że nie spodobał się Melanii i na nieszczęście Klementyna dziwnie się zainteresowała jego osobą.
- Jestem Klementyna. - Wygładziła dół lekko rozkloszowanej sukienki.
- Yhym. - Burknął. Żadnego "miło cię poznać" czy coś w tym stylu.
- Jedziesz z nami na pogrzeb? - Zasypywała go kolejnymi pytaniami. W tym czasie ja i Melania kończyłyśmy się szykować.
W taksówce którą wysłała po nas ciocia Titi, Klementyna dalej prowadziła swój monolog, składający się głównie z pytań, na które Kastiel odpowiadał raczej "Yhym, ta, nie, nie twoja sprawa".
- Chodzisz do tej szkoły na osiedlu? Wiesz tego gimnazjum połączonego z liceum? Bo mają mnie tam przenieść.
- Nie. Matka wysłała mnie do Amorisa. - Nazwa szkoły od razu zwróciła moją uwagę.
- Ty do Amorisa? - Melania aż się zaśmiała.
- Masz z tym jakiś problem mała?
- Ryj. I nie mów do mnie "mała". - Odwróciła głowę w drugą stronę a Kastiel wyraźnie się zdziwił jej ostrością. Tak, cała Melania.
- Znasz może Nataniela? - Myślałam, że powiedziałam to na tyle cicho, że nikt nie usłyszy, ale po chwili milczenia doczekałam się odpowiedzi.
- Dupoliz. Wielki pan gospodarz, nic ciekawego. - W jego głosie od razu można było wyczuć pogardliwy ton.
- Yhym. - Odpowiedziałam tylko. Resztę drogi o dziwo jechaliśmy w ciszy.
Gdy dojechaliśmy na miejsce od razu podbiela do nas ciocia Titi.
- Och moje kochane!- Znalazłyśmy się w jej uścisku. - Tak bardzo mi przykro. Pomogę wam jak tylko będę mogła.
- Dziękujemy ciociu. Może porozmawiamy o tym wszystkim później, ok? - Jedynie Melania miała na tyle siły, aby zareagować inaczej niż płaczem.
- Oczywiście. Musimy też zrobić z Twoimi urodzinami, wiem, że były dwa dni temu i to głupi okres do świętowania, ale to twoje urodziny i na całe szczęście możesz cieszyć się, że się ich doczekałaś.
Dopiero teraz zdałam sobie sprawę z tego, że jest jedenasty lipca, dwa dni temu Melania faktycznie kończyła piętnaście lat. Za trzynaście dni ja kończę szesnaście. Nawet nie złożyłam jej życzeń.
- Melania ja...
- Nie teraz. - Przerwała mi. W jej oczach widziałam smutek.
Ceremonia pogrzebowa w końcu się zaczęła. Nie byłam w stanie wejść do kaplicy, więc po prostu usiałam na ławce przed.
- Ale czemu? Wydawało mi się, że pierwsze gotuje się warzywa a dopiero do zupy dodaje się mięso. - Spojrzałam na mamę, która kręciła głową z niedowierzaniem.
- Riley, jeśli tak zrobisz kurczak ci się nie ugotuję. To kapuśniak a nic ci się w kwasie nie ugotuje.- Chwyciła drugi garnek i nalała mniej więcej jedną trzecią wody. - Jeśli chcesz uratować tą zupę, musisz ugotować osobno warzywa z mięsem a jak zmiękną, dodać kapustę.
Przyglądałam się mamie gdy ta dodawała kolejne przyprawy i warzywa.
- Boże chyba nigdy nie będę sobie radzić w kuchni.
- Nie ubliżaj mi. Jesteś MOJĄ córką, więc cię nauczę. W końcu mam jakieś tam osiągnięcia. - Uśmiechnęła się łagodnie po czym nachyliła się nad garnkiem, aby spróbować wywaru. Z jej luźnego koka uciekł kosmyk.
- A siatka gdzie? - Zaśmiałam się, na co matka sprzedała mi kuksańca w bok.
Mama była właścicielką kilkunastu restauracji i jedną z najlepszych kucharek w kraju. Była więc kobietą biznesu a to sprawiło, że znajomych nigdy jej nie brakowało. Niestety, było to widoczne nawet teraz, na pogrzebie. Wszędzie przewijały się nieznajome dla mnie twarze. Czasem ktoś przechodząc składał mi kondolencje, ale większość ludzi nie wiedziała nawet, że jestem jej córką.
W końcu ruszył orszak żałobny, ale ja nie zamierzałam ruszyć się z ławki.
Twardo patrzyłam przed siebie w innym kierunku, byle by tylko nie zwracać uwagi na to, co działo się za moimi plecami.
- Nie idziesz tam? - Poczułam jak ławka ugina się pod ciężarem siadającego koło mnie Kastiela.
- Nie mam zamiaru. - Wzruszyłam ramionami i zaczęłam dokładniej lustrować betonową płytę pode mną.
Jasnoszara, mniej więcej czterdzieści na czterdzieści centymetrów. W lewym dolnym rogu miała pęknięcie rozchodzące się na trzy strony. Zapewne w podobnych okolicznościach, wiele ludzi studiowało jej odcień i zastanawiało się jak powstały te pęknięcia. Może płyty cmentarne pękały wraz z sercami żałobników?
- Chcesz? - Wyciągnął w moją stronę, do połowy pustą, paczkę papierosów czekoladowych Black Devil.
- Nie palę. - Oznajmiłam, na co Kastiel położył otwartą paczkę, wraz z zapalniczką, na ławce pomiędzy nami.
- Nie będziesz żałować? - Zamilkł na chwilę czekając na moją odpowiedź, która nie nastąpiła. - Wiesz, nie tyle chodzi o pójście tam i zobaczenie tego wszystkiego, co raczej o twoje siostry. One też straciły matkę i chyba nie powinny przechodzić przez to same.
Dalej milczałam a w mojej głowie zaczęło pojawiać się tysiące myśli. Oczyma wyobraźni widziałam jak za parę lat, Klementyna i Melania mają do mnie pretensję, że nie było mnie z nimi gdy musiały patrzeć na to wszystko.
Czułam jak Kastiel przeszywa mnie wzrokiem, podjęcie decyzji było dla mnie mega wyzwaniem.
Wyjęłam z otwartej paczki jednego Black Devila, odpaliłam, zaciągnęłam się i ruszyłam w stronę orszaku.
Kastiel szedł trzy kroki za mną.
Kilka dni po pogrzebie w końcu poczułam się nieco lepiej. Stało się tak za sprawą Kastiela, który dotrzymywał mi towarzystwa i nie dawał czasu na rozmyślanie. Bynajmniej tak było w dzień. W nocy i w dni z psychologiem nie było już tak kolorowo.
Z Klementyną i Melanią też było już troszkę lepiej. Mamie życia i tak nie zwrócimy a do ojca możemy jedynie jeździć i mieć nadzieję, że się obudzi. Jest też plan, że ciocia Titi nas do siebie zabierze.
Ciocia Titi to siostra naszego taty. Przeprowadziła się do miasta zaraz po wypadku. Aktualnie mieszka w naszym domu, ma do tego pełne prawo, gdyż jest współwłaścicielką z moim ojcem.
Wracając do dziewczyn... Melania postanowiła utrzymywać kontakt z przyjaciółkami i powiedzieć im o aktualnej sytuacji, w skutek czego niemalże codziennie widuję tutaj Peggy. Poza tym zaprzyjaźniła się też z dziewczyną Dake'a, która mieszka niedaleko tego miejsca - Kim.
Klementyna za to, niestety zaczęła się prowadzać z Lily - dziewczyną z innej grupy. Niestety,ponieważ z tego co mi wiadomo, wcale nie ma jakiejś super opinii. Dużo przeklina, mocno się maluje i zachowuje się prowokująco w stosunku do chłopców a ma dopiero czternaście lat. Po placówce chodzi też plotka, że na oczach chłopaków wkładała sobie kredki w...
Oczywiście Klementynie aktualnie nie da się wytłumaczyć, że to nie towarzystwo dla niej.
Poza tym zaobserwowałam też kilka nieciekawych zachowań wychowawców. Częste zlewanie tego co mówią do nich wychowankowie. Wspólne zamykanie się "ciotek" w którejś z kuchenek i dyskusje na temat swoich prywatnych spraw, ogólnie zamiast zajmować się dzieciakami, zajmują się własnym życiem a zgłaszanie się do nich z jakimś problemem jest dość bezcelowe. Wszelkie konflikty załatwiają odbieraniem sprzętu, krzykiem, karami. A choroby w tym miejscu ponoć nie istnieją.
Pewnego dnia Dake i Vicktor tłumaczyli mi, że jeśli kiedykolwiek będę przeziębiona, złamie nogę czy będę mieć roztrój żołądka, to zapewne i tak usłyszę tylko, że "symuluję".
Była już prawię dziewiętnasta, tak więc wyszłam na teren, uprzednio informując, że wyrzucę śmieci.
Przed tym zabrałam worek z kuchni i pozostałe, wystawione wcześniej przez dzieciaki, z korytarza.
Kastiel siedział już na wielkim kamieniu za drzewami, zaraz koło kontenerów.
Stanęłam naprzeciwko niego a ten od razu poczęstował mnie papierosem, którego oczywiście przyjęłam.
- Matka powiedziała, że mnie zabija jeśli cię rozpalę. - Uśmiechnął się lekko.
- Przecież nie musi wiedzieć, że palę.
- Tutaj tylko palące dzieciaki wywalają śmieci.
Przez chwilę siedzieliśmy w milczeniu.
Dzisiejszy wieczór był dość chłodny, krótkie spodenki nie były więc dobrym pomysłem. Zadrżałam, czując chłodny podmuch wiatru.
- Pisałaś do Debry? - Zapytał w końcu.
Debra jest moją przyjaciółką z gimnazjum. Razem miałyśmy iść do technikum kosmetycznego. Nie odezwałam się do niej od czasu wypadku. Ona natomiast wysłała tylko dwie wiadomości z zapytaniem czy żyję.
- Chyba nie chcę do niej pisać. - Burknęłam pod nosem.
Spojrzał na mnie karcącym wzrokiem.
- I co? Mijając ja kiedyś na ulicy też udasz, że jej nie widzisz? Nie możesz całkiem odciąć od starego życia.
- Całkiem może nie, ale ile będę mogła, tyle zamierzam zostawić za sobą.
- Ale czemu? Jeśli boisz się, że twoi kumple nie zrozumieją twojej sytuacji, to chyba są gówno warci, nie?
- Boję się, że faktycznie będą gówno warci Kastiel. - Przypomniałam sobie wszystkie te chwilę, gdy wraz ze znajomymi ubliżałam i śmiałam się ze słabszych oraz ludzi, który wtedy byli w tej samej sytuacji co ja teraz. - Też jestem gówno warta. - Burknęłam pod nosem?
- Hm? - Po jego spojrzeniu wywnioskowałam, że nie dosłyszał.
- Nic. Napisze do Debry. - Ruszyłam w stronę drzwi do placówki, wywalając niedopałek na kafelki.
Kastiel machnął mi szybko na odchodne, wypuszczając dym z płuc.
****************************************************************************
Długo... Bardzo długo zajęło mi zebranie się do ponownego pisana na tym blogu. Może dlatego, że jest to intymna historia wielu bliskich mi kiedyś i teraz osób?
W każdym razie zostanę tu. Kolejny rozdział już się piszę tak więc...'
Do poczytania.
~Riley
niedziela, 23 grudnia 2018
sobota, 26 maja 2018
3. Natłok wrażeń...
Gdy się obudziłam strasznie piekły mnie oczy. Odkrywając głowę odkryłam, że niestety nadal jestem w tym paskudnym miejscu.
- Długo spałam? - Pytanie skierowałam w stronę siedzącej na obrotowym fotelu Melanii. Oglądała właśnie jakiś serial dla dzieci, coś o tańcu.
- Ja wiem, z godzinę? - Uśmiechnęła się łagodnie. Ten gest był tak bardzo nienaturalny w jej wykonaniu, że nie mogłam zareagować inaczej niż podejść do niej i ją uściskać. Tak też zrobiłam.
- Jak się czujesz? - Wyszeptałam wtulona w jej włosy.
- Paskudnie. - Jęknęła trzęsąc się. Po chwili jej ciało zatrzęsło się a ja poczułam pierwszą łzę w okolicach prawego ucha.
Melania zawsze była twarda, nigdy nie płakała przy członkach rodziny. Kilkukrotnie słyszałam jak robi to w samotności w pokoju ale przy nas było raczej jak...
Tego dnia szłyśmy wraz z mamą na urodziny cioci Titi. Tata miał spotkać się z nami na miejscu.
Obydwie z Melanią wystroiłyśmy się w swoje ulubione sukienki, ona w falbaniastą niebieską, ja w podobną fioletową. Oczywiście nie uszło to jej uwadze i gdy tylko zobaczyła co mam na sobie zaraz zrobiła mi awanturę.
Mama niosła na rękach Klementynę, miała wtedy cztery lata i zawsze człapała gdzie daleko za mną i Melanią, w związku z czym takie wyjście było lepsze, gdy się śpieszyłyśmy.
W pewnym momencie Melania chwyciła mamę za spódnice, widząc, że nasza rodzicielka w ogóle jej nie słucha i nie patrząc na drogę, potknęła się o kamyk boleśnie rozwalając sobie kolano i uwalając przy okazji sukienkę.
- Och, Melania skarbie, nic ci nie jest? - Mama kucnęła stawiając Klementynę.
Mina Melanii była przekomiczna. Spuściła ręce po obu stronach ciała i zacisnęła mocno pięści. W jej oczach zaczęły zbierać się łzy a usta ścisnęła w wąską kreskę.
Nie wytrzymałam i parsknęłam śmiechem.
- Nie śmiej się ze mnie kretynko! - Krzyknęła zbulwersowana krzyżując ręce na klatce piersiowej i wydęła policzki.
- Riley nie śmiej się z niej! - Skrzyczała mnie mama. - A czy ty młoda damo wiesz co znaczy słowo kretynka? - Popatrzyła na nią karcąco.
- Medycznie kobieta niedorozwinięta umysłowo a pogardliwie kobieta głupia, ograniczona, tępa. Wszystko na temat Riley. - Skrzywiła się.
Matka pokręciła tylko głową, wzięła Klementynę z powrotem na ręce i ruszyła przed siebie.
W każdym razie Melania nie zapłakała tamtego dnia i był to ostatni raz gdy widziałam zbierające się u niej łzy.
Ja za to zawsze lubiłam płakać z byle powodu.
I mimo, że teraz powód miałam dobry, zagryzłam dolną wargę i wstrzymywałam się żeby dodać Melanii sił.
Kilka minut później postanowiła w końcu się ode mnie odsunąć, wydukała też pod nosem jakieś słowo typu "dzięki".
- Nie ma za co. Zwiedziłaś już resztę tego... - Zastanowiłam się jak to ładnie nazwać. Nie wyszło. - Burdelu ?
- Ta. Na dole jest stołówka i pokój psychologa, na półpiętrze świetlica na której nie ma nic poza starym pianinem a na samej górze jeszcze dwie grupy, jedna zamknięta całkowicie. W sumie dwie pozostałe, które są dostępne wyglądają jak odbicie lustrzane naszej. Oczywiście mamy tam nie wchodzić bez pozwolenia. A i na dole jest jeszcze sala komputerowa z kompami jak z czasów młodości taty. - Uśmiechnęła się lekko.
- A która jest godzina tak w ogóle? I gdzie jest Klem?
- Zaraz będzie osiemnasta trzydzieści, więc w sumie czas na kolacje. Klementyna postanowiła pomóc ją przygotować.
- Mamy ustalone godziny na wszystko?
- Ta wypisali to w regulaminie. Siódma śniadanie, ale nie teraz, w wakacje jest o dziewiątej piętnaście, czternasta trzydzieści obiad, osiemnasta trzydzieści kolacja. Lekcje odrabiamy między piętnastą trzydzieści a siedemnastą, wszyscy razem w kuchni. Po kolacji mamy dyżury w pokoju i na grupie. - Mówiąc to naśladowała głos Valerii.
- Mamy napisane kiedy możemy iść zrobić kupę? - Rzuciłam z przekąsem.
- O i tu o dziwo nic nam nie narzucili. Pomożesz mi przejść do kuchni? Nie chce brać kul. - Rzuciła nienawistne spojrzenie w stronę wymienionych przed chwilą dwóch białych przyrządów.
- Chodź. - I tak chwilę później z kuśtykającą u mego boku Melanią weszłam do kuchni.
Na nasze nieszczęście wszyscy już na nas czekali. Dwa ostatnie krzesła na końcu stołu były wolne, po prawej od boku siedziała Klementyna. Zajęłyśmy wolne siedzenia, ja od lewej a Melania od prawej, obok Klementyny.
- No witam wszystkich, mamy już jak widać komplet. Przedstawcie się proszę wszyscy, żeby dziewczyną było lżej, dobrze? - Głos Valerii sprawił, że wszyscy zaraz ucichnęli. - No już nie krępuj się Vicktor, zacznij proszę.
Pierwsze miejsce od lewej było puste, więc podniósł się chłopak z drugiego krzesła.
- Jestem Vicktor i nie wiem czemu ale mam dziwne przeczucie, że będę Twoim najlepszym przyjacielem. - Wskazał na mnie, po czym zaczesał palcami grzywkę do tyłu. Przystojny, z mocno zarysowanymi brwiami i kwadratową szczęką, na oko jakoś siedemnaście lat i pewny siebie. - A i obok mnie powinien siedzieć Elio ale aktualnie przebywa w ... - Zamilkł. - Znaczy się poza tym miejscem, mniejsza z tym. - Uśmiechnął się, tym razem jednak tylko lekko i na powrót zajął swoje miejsce.
- Ja jestem Dimitri. Za kilka dni pewnie wszystkie będziecie za mną szaleć. - Następny chłopak, brązowe włosy za ramiona zaczesane do tyłu, widać, że często nosi czapkę, bo odcisnęła mu się na włosach. Kolejny pewny siebie i w dodatku najpewniej dupek. Tak kocham szybko oceniać ludzi, chodź niestety przeważnie robię to błędnie.
- Evan. - I to było wszystko co powiedział a raczej burknął pod nosem, jedyny przedstawiciel płci męskiej w tym pomieszczeniu który mógłby być interesujący.
Po raz kolejny już tego dnia skarciłam się w myślach za myślenie o pierdołach. Czemu całe życie tak bardzo interesowałam się chłopakami zamiast rodziną?
Przyszła kolej na mnie, podniosłam więc tyłek z miejsca.
- Riley. I dla waszej informacji nie interesuje się chłopakami. - Usiadłam z powrotem. Oczywiście to co powiedziałam to bzdura. interesuje się i to bardzo. Za bardzo jak na te okoliczności.
- Melania, wybaczcie, że nie wstanę ale złamano mi nogę w wypadku. - O dziwo po raz kolejny się uśmiechnęła. Gdyby tak popatrzeć na nią z boku i nie wiedzieć o niej nic, można by pomyśleć, że warto się z nią zaprzyjaźnić.
- Klementyna. Troszkę już z wami wszystkimi rozmawiałam, więc myślę, że nie ma co tu opowiadać o sobie. Pewnie i będziemy mieli multum czasu na poznanie się. - Ostatnie zdanie bardziej wyburczała niż wypowiedziała.
- Sasha. - Przedstawiła się dziewczyna z mocno zarysowanymi grubymi brwiami i ufarbowanymi na jasny róż włosami.
- Laeti. - Typowa "wytapetowana". Przyjrzała się dokładnie mi i moim siostrą, zatrzymując wzrok na każdej z nas. Tak jakby chciała nam dać coś do zrozumienia, chodź wydaje mi się, że od razu ją zrozumiałam. W końcu każda z naszej trójki zawsze była uważana za ładną, dziewczyna jej typu nie ma szans przy takich jak my, jakkolwiek to nie brzmi. Widać, że zależy jej na zainteresowaniu chłopaków, ale ja doskonale wiem, że wbrew pozorom żaden nie lubi tak mocno wytapetowanych dziewczyn.
- Jade.- Przedstawił się w końcu najdziwniejszy osobnik. Czemu najdziwniejszy? Tak więc dziewczyny z różowymi czy też niebieskimi jak u Laeti włosami raczej mnie nie dziwią, ale chłopak z włosami koloru jasnego jadeitu jest dość...oryginalny?
- No to mamy to za sobą, reszta wyjdzie w praniu. Dzisiaj odpuszczę wam dyżury. - Wszyscy się ucieszyli. - W sensie, że nowym dziewczyną! - Zaraz ich miny zrzedły.
Zajęłam się jedzeniem. Chleb, pomidor, masło, jakieś szynki i sałata. Mimo wszystko nie ma źle. Dostaliśmy nawet banany na podwieczorek.
Po kolacji pogadałam trochę z Vicktorem, oznajmiajac mu, że jeśli chce być moim najlepszym przyjacielem, musi zdradzić mi hasło do internetu. Tak też zrobił, więc ma duży plus.
Nie wiedząc co ze sobą zrobić, resztę dnia spędziłam z nim i Dakiem - chłopakiem z trzeciej grupy, przystojnym blondynem, którego jak się dowiedziałam od niego samego, Valeria zwerbowała wcześniej do wnoszenia naszych bagaży.
Kilka razy wyszłam z chłopakami "wyrzucić śmieci", ja oczywiście nie paliłam. Opowiedzieli mi ile się dało o tym miejscu i ludziach. Dziewczyny z mojej grupy nazwali po prostu puszczalskimi i odradzili ich towarzystwo. Jade to ponoć gej, a Elio, tajemniczy gość, który żyje gdzieś na skraju Nibylandii to brat Vicktora o którym niezbyt chętnie rozmawia. A no i Dake jest w wieku Melanii, czyli rok ode mnie młodszy, Vicktor natomiast, jest rok ode mnie starszy. Obaj są przezabawni i czuje, że może dzięki nim faktycznie będzie tu lżej.
Ogólnie cała placówka jest dość podzielona. Ludzi dobierają się tu w pary bądź trójki, raczej nie widziałam większej grupki.
Dzieciaki mieszkajace tutaj maja od trzynastu do siedemnastu lat, oczywiście można tu mieszkać do dwudziestego piątego roku życia, ale mało kto się na to decyduje.
- Do jakiej szkoły idą dziewczyny, wiecie może? - Sama nie wiem czemu zapytałam, ale może pomoże mi to podjąć decyzje?
- Sasha chodzi do liceum Sweet Amoris, a Laeti pewnie pójdzie do jakiejś zawodówki, może fryzjerka? Chciała iść gdzie Sasha ale się nie dostanie. - Po raz kolejny usłyszałam nazwę tego liceum. Boże co tu się dzieje?
- Laeti nie uczy się dobrze? - Z jednej strony wydawało mi się to czymś normalnym, w końcu to dom dziecka, ale z drugiej co innego tu robić?
- Laeti jest tępa - Zaśmiał się Dake.
- Rozumiem. - Uśmiechnęłam się lekko i przekrzywiłam głowę a moje długie brązowe włosy opadły mi na twarz. Obaj dziwnie na mnie popatrzyli. - Będę spadać do pokoju. - Ruszyłam w stronę placówki, czując, że ten dzień i napływ informacji mnie wykończyły.
Zanim weszłam do budynku usłyszałam jeszcze jak Vicktor mówi o mnie per "niezła" na co Dake prosi go, żeby nie mówił tak przy Kim.
Kim jest Kim?
W pokoju ponownie opadłam na łóżko, sięgnęłam po telefon i słuchawki i odpaliłam Emeli Sande - Read All About It.
Po chwili wpadłam na pomysł, żeby poszukać Nataniela na Facebooku. Wpisałam w Google Nataniel Sweet Amoris, Facebook wyświetlił się jako pierwszy, natomiast na stronie wyszukiwania Facebooka właściwy Nataniel był drugi. Nic ciężkiego. Chciałam wysłać mu zaproszenie do znajomych, ale mój palec zatrzymał się chwilę przed kliknięciem.
Przypomniałam sobie jak paskudnie go potraktowałam.
Po na myślę w końcu tylko napisałam wiadomość.
Hej, chciałam Cię tylko przeprosić i podziękować za dziś.
Odłożyłam telefon i ruszyłam do kuchni w poszukiwaniu czegoś do picia. Zbliżała się dwudziesta pierwsza trzydzieści a tym samym moment oddania telefonów, tak oddania na noc, oraz cisza nocna.
W kuchence po raz kolejny spotkałam Valerię, znowu rozmawiała przez telefon z synem.
- Więc pójdziesz z nimi? - Poczekała chwilę na odpowiedź. - Super! Bardzo Ci dziękuję Kastiel.
Nalałam sobie wody z kranu, bo nie znalazłam nic ciekawszego.
Jako, że wiem już, że nie można zabierać kubków na noc do pokojów, wypiłam ją przy zlewie i umyłam kubek.
Wyszłam z kuchenki.
- Riley! - Usłyszałam za sobą.
- Tak?
- Mam ci coś do powiedzenia. Usiądź proszę na chwilę. - Cofnęłam sie więc do kuchni i usiadłam na krześle na przeciwko jej biurka.
- I jak się tutaj czujesz? - Zapytała z zatroskaną miną. Przypomina mi teraz trochę ciocię Titi. Taka dobra ciocia która zawsze wie jak do ciebie podejść i jak z tobą rozmawiać nawet w trudnych chwilach.
- Słabo, ale miejsce samo w sobie nie wydaje się tragiczne. - Powiedziałam dokładnie to co czułam.
- No cóż, przyzwyczaisz się, - Wstrzymała chwile oddech. - Ok Riley, trzeba ci to w końcu powiedzieć. Twoja ciocia Titi, przyjedzie tutaj za dwa dni. Organizuje pogrzeb Twojej mamy. Pogrzeb odbędzie się za dwa dni o trzynastej. - Popatrzyła na swoje dłonie, wyraźnie zainteresowana czymś na swoich paznokciach. Oczywiście wiem, że chce tylko ukryć prawdziwe emocje.
- Ok, powiem dziewczyną. - Wyszłam z kuchni chwiejnym krokiem, nie zwracając uwagi na to czy coś jeszcze mówi.
Przecież wiedziałam, że trzeba ją pochować. Mimo to samotna łza spłynęła mi po policzku.
Po wejściu do pokoju podałam swój telefon Klementynie.
- Oddaj go jak będą zbierać. - Poprosiłam.- Pogrzeb mamy jest za dwa dni o trzynastej, Titi po nas przyjedzie.
Po raz kolejny padłam jak długa. Zasnęłam bardzo szybko.
**************************
Kolejny rozdział zakończony, po raz kolejny więc truję wam tyłki ^^
Znowu dziękuję za ciepłe komentarze <3
Kolejna notka będzie raczej już ostatnią z takich wprowadzających. Chcę też zrobić krótkie notki z wizyt u psychologa. Co powiedzie na takowe co pięć rozdziałów?
Pozdrawiam serdecznie,
~Riley.
piątek, 18 maja 2018
2. Ciężkie chwile
Gdy wróciłam do szpitala o dziwo nikt nie miał do mnie pretensji, wszyscy byli bardzo życzliwi i starali się wytłumaczyć mi jak najlepiej sytuacje w której się znalazłam.
Jednym z najgorszych przeżyć tego dnia, był moment w którym pozwolono mi odwiedzić tatę. Leżał na łóżku blady i nieruchomy, podłączony do tak wielu skomplikowanych urządzeń. Prawie niczego z tego pokoju nie umiałam nazwać. W pewnym momencie dotknęłam jego dłoni i z przerażeniem zaraz ją puściłam. Była zimna. Prawie tak zimna, że pomyślałam tylko o jednym, mojego taty, już tam nie ma.
Pokręciłam gwałtownie głową, żeby odrzucić od siebie to wspomnienie.
- Coś się stało? - Brązowe włosy Melanii opadły jej na bok twarzy, gdy odwróciła twarz w moją stronę.
- Nic - Uśmiechnęłam się lekko,żeby nie martwić jej teraz stanem ojca. Oczywiście została już o wszystkim poinformowana, ale nic jeszcze nie widziała. - Więc jak długo masz mieć ten gips? Złamana noga bardzo boli?
- To złamanie kostki bocznej - Skrzywiła się - a ty jak zwykle nic nie ogarniasz, boże ty się w ogóle uczysz dziewczyno? - Popatrzyła na mnie z politowaniem, jakby faktycznie miała przed sobą kogoś, do kogo nie dociera nic. - Sześć tygodni, wyjdę stąd dzisiaj z wami, jak już łaskawie Klementyna przyjedzie z czymś do ubrania i tak, owszem boli, jak mogłoby nie boleć?
- Boże jaka ty jesteś przemądrzała, człowiek się o ciebie martwi a ty co? Rzucasz tu te swoje teksty o tym jak to inni są niedouczeni itp. - Teatralnym gestem oparłam czoło o dłoń.
- Nie inni tylko ty Riley. Zapisałaś się w ogolę do jakiegoś liceum?
Przez chwilę milczałam. Owszem zapisałam się do trzech tych samych gdzie szła większość moich znajomych. Nie koniecznie zwracałam uwagę na kryteria czy poziom, ale nie powinnam mieć też problemu z dostaniem się nigdzie, w końcu moja średnia wynosiła 4.35 i na ogół jest to ponad cztery więc nie widzę szans na niedostanie się nigdzie. Z tym tylko, że teraz zastanawiam się czy może faktycznie nie złożyć papierów do Amorisa. Wiem, że to dziwne, ale czuję, że może warto w tej sytuacji unikać starych znajomych.
- Myślę że zrobię wszystko żeby dostać się do liceum Sweet Amoris. - Oznajmiłam w końcu na co Melania parsknęła śmiechem.
- Jaką miałaś średnią, że celujesz w Amorisa?
- 4.35 a bo co?- Zauważyłam szok na jej twarzy.
- Rok temu wymagali 4.75 w tym roku zaniżyli do 4.5, sama nie wiem czemu, ale mimo to nadal ci brakuje Riley. Jest to szkoła do której ja planuje się wybrać za rok i wiem, że się dostanę, mimo to nie sądzę żeby udało ci się ubłagać dyrekcje, bo tam trzeba utrzymywać poziom a ja nie chcę być kojarzona z kimś kto ma słabe stopnie. - Popatrzyła na mnie tym typowym wzrokiem który mówił "boże dlaczego to ja muszę być jej siostrą". - Mimo wszystko gratuluje średniej, spodziewałam się, że nie przebijesz czterech.
- Melania a czy ty kiedykolwiek widziałaś moje stopnie? Wiesz jak się uczę czy cokolwiek?
- Nie ale wystarczą mi twoje głupie koleżanki, żeby podejrzewać, że nie jesteś dużo bystrzejsza od nich.
Przegięła, podniosłam swoją czarną płócienną torbę, tą samą o której zapomniałam gdy wybiegłam ze szpitala, i skierowałam się w stronę drzwi. Wyciągnęłam dłoń w stronę klamki gdy nagle ktoś otworzył gwałtownie drzwi od drugiej strony.
- Riley! - Klementyna rzuciła mi się na szyje, tym samym upuszczając torbę którą niosła chwilę temu.
- Tak to ja. - Wyściskałam ją, po czym odsunęłam się na długość wyciągniętego ramienia, aby spojrzeć jak wygląda. Od razu rzuciły mi się w oczy sińce pod oczami od częstego płaczu i niewyspania. - Hej! Jeśli będziesz tak katować swoje oczy to na świecie braknie ogórków na niwelowanie efektów po płaczu!
Uśmiechnęła się słabo i zrobiła krok w bok aby zrobić przejście kobiecie, którą widziałam już wcześniej w swoim szpitalnym pokoju - Valeria.
- Och, cześć kochana, miło widzieć, że już ci lepiej. - Uśmiechnęła się promiennie, był to najszczerszy uśmiech ze wszystkich które widziałam w dniu dzisiejszym.
- Dzień dobry ponownie. Tak chyba jest lepiej. - Miałam wiele pytań, naprawdę chciałam, żeby ta kobieta wytłumaczyła mi wszystko co się teraz z nami stanie, ale nie mogłam pytać teraz. To nie jest odpowiedni czas.
- Cześć Melania, jak się czujesz? Musisz się przebrać i ruszyć w końcu tyłek z łóżka, wiesz o tym? Rozmawiałam już z lekarzem, mamy odebrać wypis na dole. - Usiadła na skraju jej łóżka.- Mamy też dla Ciebie kule, pomóc Ci wstać ?
- Nie dziękuję. - Warknęła Melania, oczywiście zbyt dumna, żeby przyjąć czyjąś pomoc.
- Niech ci będzie, w takim razie my się odwracamy a ty księżniczko postaraj się ubrać z taką gracją na jaką tylko stać dziewczynkę z nogą w gipsie. - Popatrzyła na mnie - Ma charakterek.
Uśmiechnęłam się tylko, wiedząc, że ma stuprocentową racje.
Jakieś pół godziny później stałyśmy już na szpitalnym parkingu.
Melania odziana w krótkie spodenki i koronkową koszulkę, oczywiście bez makijażu za to z perfekcyjnie prostymi od prostownicy włosami, Klementyna pogrążona we własnych myślach, ja starając się ogarnąć całą sytuację i Valeria bluźniąca pod nosem na lekarzy, z którymi jeszcze chwilę temu wykłócała się, że zawiezie nas do domu dziecka własnym samochodem. Tak, własnym, bo lekarze stwierdzili, że wygodniej będzie nas przetransportować karetką, co za absurd i tak, do domu dziecka, bo koniec końców ustalono, że nie ma sensu umieszczać nas w tymczasowej placówce. Ta informacja zabolała, zabrzmiało to tak, jakby już skreślili mojego ojca z listy żywych.
- Ok pakujcie się. - Niechętnie i z ociąganiem zapakowałyśmy się do jej czerwonego bentleya arnage, tak w ogóle zastanawiałam się skąd miała na niego kasę, bo nie wydaje mi się, żeby pracownik domu dziecka zarabiał aż tyle, ale o to zapytam kiedy indziej.
Tym razem nie kłóciłam się z Melanią i dałam jej usiąść z przodu.
Moment w którym ruszyła wydał mi się straszny, mimowolnie wróciły do mnie wspomnienia z wypadku, poczułam też dziwny lęk.
Moment w którym ruszyła wydał mi się straszny, mimowolnie wróciły do mnie wspomnienia z wypadku, poczułam też dziwny lęk.
W drodze Valeria wypytywała nas o wszystko, o relacje w szkołach, o oceny o których na pewno wiedział już wszystko, o chłopaków i życie w naszym domu. Chciała znać też nasze plany na przyszłość, chodź same nie mamy o nich bladego pojęcia.
W końcu zatrzymała się na bardzo dobrze znanej mi dzielnicy, pod jeszcze lepiej znanym mi domem. Białym budynkiem, z piętrem i półpiętrem, gdzie każda z nas ma swój pokój, łazienki są trzy a ogród okala cały dom.
Gdy wysiadłyśmy z auta, poczułam wielką ulgę, nie na widok domu, ale po prostu dlatego, że mogłam w końcu nie rozglądać się szukając zagrożenia ze strony innych kierowców.
Nie wyciągnęłam z torby moich kluczy, będąc w samochodzie Klementyna napisała mi sms, żebym tego nie robiła i że wyjaśni mi później.
Nie wyciągnęłam z torby moich kluczy, będąc w samochodzie Klementyna napisała mi sms, żebym tego nie robiła i że wyjaśni mi później.
Valeria sięgnęła z kieszeni swoich dżinsów pęk kluczy przy którym zawieszona była zawieszka z logiem Winged Skull - klucze Klementy. Właśnie dotarło do mnie czemu mam nie wyciągać własnych, skonfiskuje mi klucze do domu?
Chwilę później weszłyśmy do domu. Do znajomego wnętrza, w którym aż trudno było uwierzyć, że coś złego w ogóle mogło przytrafić się naszej rodzinie.
- Ok, macie piętnaście minut na spakowanie, nie mogę dać wam więcej czasu, bo teoretycznie nie powinno nas tu być, wiec ruszcie tyłeczki. Klementyna, pomóż Melanii, bo ty się już chyba spakowałaś, tak?
- Tak.
Dziewczyny ruszyły na piętro, a ja zaraz za nimi na półpiętro, do swojego pokoju. Nie był on tak duży jak pokój Melanii czy Klementyny, ale o to właśnie z początku mi chodziło, szybko okazało się, że był to głupi wybór. Nie lubię często sprzątać i kiedyś wydawało mi się, że mniejsza powierzchnia mniej się brudzi, teraz oczywiście wiem już, że gówno prawda bo ciężko utrzymać porządek gdy cały czas brakuje miejsca na kolejne rzeczy.
Nie zastanawiałam się długo, chciałam się stąd wynieść jak najszybciej, żeby lazurowe ściany nie uwięziły mnie we wspomnieniach miłych i jakże bolesnych teraz chwil.
Szybko wrzuciłam do największej walizki jaką tylko miałam wszelkie kosmetyki, perfumy, ulubione ubrania i przybory higieniczne, chwilę tylko zastanawiałam się nad zdjęciami rodziny i przyjaciół, ostatecznie wzięłam tylko jedno - moje ulubione zdjęcie mamy. Naprawdę mocno musiałam wtedy powstrzymywać łzy.
Nie wiem czemu, ale zdjęcie taty wydawało mi się nie na miejscu, tak jakbym i ja sama go skreślała.
Skierowałam się na dół w stronę kuchni, to co w niej zastałam było dla mnie kompletnym szokiem.
Valeria stała przy zlewie i myła właśnie pozostawione przez nas kilka dni temu szklanki brudne od soku pomarańczowego.
- Umyłabym. - Wymamrotałam niewiele myśląc.
- Nie wątpię, ale i mi ręce od tego nie odpadną.
Nie skomentowałam. Nie widziałam takiej potrzeby, usiadłam tylko w ciszy przy stole i przyglądając się swoim paznokciom znów zaczęłam się zastanawiać co jest nie tak z tym Natanielem i czemu w sumie mnie to interesuje. Mimo, że myślenie o chłopakach wydawało mi się bardzo nie na miejscu, to było lepsze niż martwienie się szkołą, domem dziecka, tatą i... mamą, którą właśnie nieodwracalnie straciłam.
Poczułam napływające do oczu łzy, po raz kolejny tego dnia zacisnęłam mocno powieki i pokręciłam głową.
W tym momencie zadzwonił telefon Valerii.
- Coś ci potrzeba? - Zmarszczyła lekko brwi - Nie, wzięłam dzisiaj dłuższy dyżur, tłumaczyłam ci już... Tak, jutro też nie wracam normalnie... Słuchaj to dość delikatna sprawa... Nie o wszystkim muszę ci opowiadać! Poza tym to byłoby nie grzeczne!... Słuchaj, sam możesz to sprawdzić, nie wiem, na przykład pojutrze? Nie chcę wcześniej stresować dziewczyn... No to skoro cię to nie obchodzi to po kie licho pytasz?!... Nie ważne... No to kończę... A Kastiel! Jak poczuję w domu fajki to... - Spojrzała na wyświetlacz telefonu. - Rozłączył się.
- Mąż? - Nie tyle ciekawość, co raczej chęć zajęcia myśli wzięła górę.
- Syn, rok starszy od ciebie, istna cholera! Nie rodź syna Riley dobrze ci radzę. - Znów uraczyła mnie szerokim uśmiechem.
- Wyluzuj - Uśmiechnęłam się - Myślę, że mam na to co najmniej z dziesięć lat. - Mruknęłam pod nosem, bardziej do siebie samej niż do niej.
- I to mi się podoba.
Klementyna i Melania właśnie stanęły w drzwiach kuchni.
- Gotowe?
- Nie mogę znaleźć swoich kluczy. - Melania rozglądała się dookoła, zapewne mając nadzieję, że może zostawiła je w kuchni.
- Ja je mam, niestety w placówce mamy taki regulamin, że nie wolno mi dać wam wolnego wstępu do domu. - Przez chwile mierzyła się z Melanią na wzrok, koniec końców ta młodsza odpuściła i ruszyła o kulach w stronę drzwi wyjściowych. - Łatwo poszło tym razem. - Valeria wyraźnie zadowolona również skierowała się stronę drzwi, ponaglając mnie gestem ręki.
Wyszłyśmy z domu, zanim jednak wsiadłam do samochodu, zostałam zatrzymana przez tą wiecznie zadowoloną ze wszystkiego kobietę.
- Oczywiście macie to szczęście w nieszczęściu, że to ja jestem waszym opiekunem i wymyślę jakąś historyjkę, że któraś z was odbierała Klementynę ze szkoły, więc i ta nie miała potrzeby by posiadać kluczę. - Mrugnęła do mnie porozumiewawczo.
- Czyli, że...
- Czyli, że nie jestem tak głupia żeby wierzyć Klementynie, że akurat zgubiłaś klucze przed tym wszystkim. - Gdy wypowiedziała to zdanie torebka zrobiła mi się dziwnie ciężka, aż czułam "obecność" moich kluczy, tak jakby świeciły przez materiał, czy coś. - Więc oficjalna wersja brzmi tak, że mam twoje klucze a Klementyna nigdy nie posiadała własnych, tak?
- T-tak - Przełknęłam głośno ślinę. Czyli nie zabierze mi ich, mimo, że robiłam ją w ciul razem z Klem?
- Tylko bardzo cię proszę, żadnych orgii - Ponownie odsłoniła w uśmiechu swoje białe jak śnieg zęby.
- Nie uprawiam jeszcze seksu. - Skrzywiłam się.
- Niestety pod tym kontem musimy was przebadać. Wiesz, dużo dziewczyn w waszym wieku ostatnimi czasy zbyt szybko zaczyna swoje życie seksualne. - Machnęła ręką tak jakby próbowała odgonić jakąś niewidzialną muchę.
Wsiadając do samochodu cały czas czułam jak płoną mi policzki.
Jakiś czas później Valeria zatrzymała się na osiedlu ze starymi domkami jednorodzinnymi. Za nami znajdował się stary klasztor. Masywny biały budynek z dużymi oknami, z boiskiem do siatkówki i koszykówki w jednym, oraz boiskiem do piłki nożnej. Najprawdopodobniej i za nim też coś się znajduje.
- No i jesteśmy. Zapraszam do środka o bagaże się nie martwcie, powiem starszym chłopakom, żeby je wnieśli. Teraz szybko was oprowadzę, przeczytacie regulamin, coś tam wam o tym miejscy poopowiadam a później ustalimy...- Zamyśliła się chwilę - Inne sprawy.- Skończyła marszcząc nos i trzaskając drzwiami samochodu. - O Dake! Vicktor! Wychodzicie gdzieś, czy tylko śmieci wyrzucić? - Mówiąc o śmieciach zrobiła palcami znak cudzysłowu.
- Śmieci. - Rzucił tylko chłopak w długich blond włosach.
- Weźcie później bagaże z mojego auta i wrzućcie do sześćdziesiątki, ok?
- Jasne! - Krzyknął ten w ciemnych falowanych włosach i zaraz zniknęli za budynkiem.
- Wyrzucić śmieci bez worków? - Zapytałam, chodź w rzeczywistości chciałam zapytać o coś innego. Sześćdziesiątka? To ile tam jest ludzi?
- Palisz Riley? - Tym pytaniem zbiła mnie z tropu.
- Nie. - Wzruszyłam ramionami. Trochę popalałam, jak miałam trzynaście lat, to była głupota, ale przecież nie muszę jej mówić, czyż nie?
- A oni tak. - Nie potrzebowałam więcej aby się domyślić.
Ruszyłyśmy po małych schodkach do podwójnych drzwi, Valeria zadzwoniła domofonem i poczekała chwilę na brzęczyk sygnalizujący, że ktoś otworzył. W końcu weszłyśmy do chłodnego korytarza z kamienia, najpierw schodami w dół a następnie po może dziesięciu krokach do przodu, ponownie do góry, tu chody zawijały się po obu stronach, Valeria ruszyła prawą, więc i my poszłyśmy za nią. Na pięterku okazało się, że bez znaczenia które schody wybierzesz i tak lądujesz na tym samym korytarzyku, z paskudnym żółtym linoleum na podłodze i wielkim witrażowym oknem na wprost. Piętra były jeszcze dwa, w sumie to jedno piętro i półpiętro z jakimś pomieszczeniem które widać z dołu. Korytarz posiadał dwie pary drzwi, jedne po lewej drugie po prawej. Weszłyśmy na kolejny korytarz, z zielono niebieskim linoleum, przez drzwi po prawej stronie. Tutaj po prawej stronie były okna, za nimi plac zabaw i trawnik, po lewej natomiast kilka par drzwi wystających z dziwnych dobudówek. Na końcu korytarza były kolejna drzwi.
- Idę po dyrektora, poczekajcie chwilę. - Valeria zniknęła za białymi drzwiami a jej kroki ucichły na miękkim czerwonym dywanie.
Zostałyśmy same.
- Jakoś tu cicho jak na dom dziecka, co? - Zaczęłam, żeby rozluźnić atmosferę.
- Są wakacje, może gdzieś wyszli? - Klementyna rozglądała się lekko zdenerwowana.
- Ty już wszystkich poznałaś, tak? Jacy to ludzie? - Malenia miała dziwne zniesmaczenie wyrysowane na twarzy, poprawiła swoje brązowe włosy.
- Tutaj mnie nie było, wcześniej mieszkałam w innym miejscu, bardziej przytulnym i wszyscy byli mili. - Wzruszyła ramionami.
- Nie mieszkałaś tu? - Zdziwiłam się, gdzie więc przebywała wcześniej?
- Byłam w tym całym pogotowiu opiekuńczym, ale dziś rano postanowili w końcu, że jednak nas tu przewiozą. Nic więcej nie wiem. Przynajmniej Valeria wydaje się spoko, zna nawet mój ulubiony zespół. - Uśmiechnęła się lekko, dzięki czemu jej delikatna twarz wyglądała jak u aniołka, szkoda tylko, że jakiegoś takiego zmęczonego...
- Mi tam się wydaje, że jest zwykła. Nie wiem jak to nazwać, lekko irytująca i wciska nos w nie swoje sprawy. - Ta wiecznie narzekająca farbowana szatynka, poprawiła się w kulach.
- Właśnie wyobraź sobie, że teraz jesteście moją sprawą moja droga. Panie B, dziewczynki, zapraszam do środka. - Otworzyła przed nami pomieszczenie po prawej, jak się okazało, kuchnie z jadalnią.
- Usiądźcie. - Nakazał nam Pan B, wskazując krzesła przy stole jadalnianym. Usiadłyśmy jak nakazał, przed tym jednak Melania oparła kule o cedrowy blat i pokuśtykała na jednej nodze do najbliższego krzesła.
- Dzień dobry? - Zapytała Valeria.
- Dzień dobry. - Mruknęłyśmy chórem.
- Witam, Więc ja nazywam się Andrew B i jestem dyrektorem placówki. - Mężczyzna był raczej koło pięćdziesiątki, postawny i wysoki, siwy, lekko łysiejący. Po zmarszczkach wokół oczu widać było, że dużo się uśmiecha. Szary garnitur miał dopasowany i dokładnie uprasowany, pachniał też jakimś znanym mi zapachem, może Orange Boss? - W sumie tak naprawdę, wszystkiego dowiecie się od Valerii. Od siebie, chcę tylko powiedzieć, że bardzo mi przykro, że znalazłyście się w takiej sytuacji, mamy tu wiele różnych przypadków, dzieci znajdują się tu raczej z winy rodziców a nie przez sytuacje losowe. Wiem, że ciężko będzie wam się przystosować, mam jednak nadzieję, że dacie sobie radę. Zapewnię wam naprawdę dobrego psychologa. Mam też nadzieję, że wasz ojciec szybko się wybudzi. - Uśmiechnął się lekko, próbują dodać nam otuchy a na jego twarzy pokazało się jeszcze więcej zmarszczek niż posiada. Myślę, że śmiało mogę powiedzieć, że przypomina mi mężczyzn z którymi zadaje się mój ojciec. - Wiem, że jesteście teraz w ciężkiej sytuacji ale Melanio - Wskazał na mnie palcem - Musisz wyciągnąć kolczyk z nosa.
- Jestem Riley, proszę pana. - Nie koniecznie podobało mi się, że od progu niemalże, zabraniają mi czegoś na co godzili się moi rodzice, ale niech im będzie, nie będę go nosić, przy nich.
- Och wybacz, myślałem, że ty to Melania a Melania to ty, coś mi się pomieszało. - Zmarszczył lekko czoło. - Dlatego właśnie mamy opiekunów, widzicie ciężko samemu zając się wszystkim. No cóż, pozwólcie, że zostawię was teraz, bo mam bardzo dużo spraw do załatwienia w związku z waszym przybyciem. I może zabrzmi to trochę nie za fajnie, ale czujcie się jak w domu. - Po tych słowach Klementyna pociągnęła nosem i przetarła oczy ręką.
Wyszedł z pomieszczenia zostawiając nas z Valerią, która popchnęła po stole pudełko chusteczek. Klementyna przyjęła je i skinęła głową w podzięce.
- Będziecie mieszkać w pokoju numer sześćdziesiąt, ale nie bójcie się, mamy cztery grupy po dziesięć osób, nie ma tu aż sześćdziesiątki. Niestety chcąc nie chcąc musicie pomieścić się w jednym pokoju. Jak widzicie, tutaj jest kuchnia i jadamy tu śniadania i kolacje, obiady jemy na dole. Pokażę wam zaraz. Chodźcie. - Wstała, po czym ruszyła w stronę Melanii aby jej pomóc, poszły przodem, ja i Klementyna za nimi.
- Na przeciwko kuchni macie świetlice, raczej nikt z niej nie korzysta niestety. Sama nie wiem czemu. - Po prawo od kuchni był korytarz do dyrekcji, na przeciw świetlica a po lewo wiele drzwi. - Więc tak, drzwi koło kuchni to klatka na górę, zawsze jest zamknięta, więc tam nie wejdziecie. Za nimi pokój logopedy, dalej po prawej stronie korytarza macie pokoje. Pierwszy jest Vicktora i Elio, którego aktualnie z nami nie ma. Następny to pokój Dimitriego i Evana, dalej jest Laeti i Sasha, Jade, dodatkowy pokój na brania i ostatni pokój czyli wasz, na przeciwko macie łazienkę. - Ruszyłyśmy za nią dalej na inne piętra, dowiedziałyśmy się gdzie się co znajduje, po czym wręczając nam regulamin, pozwoliła wrócić do pokoju aby odpocząć.
Pokój był mały, z paskudnymi zielonymi ścianami. Po prawej była umywalka i cześć wyłożona kafelkami, po lewej szafa, dalej za małą ścianką oddzielającą część ze zlewem od pokoju były trzy łóżka, jedno po prawej, na którym od razu usiadłam i dwa po lewej, jedno za drugim. Między tymi dwoma łóżkami była komoda, na końcu pokoju pod oknem biurko, po lewej za moim łóżkiem jeszcze jedna komoda i mała szafeczka, na której stał masywny stary telewizor. Nasze bagaże były już na środku pokoju.
Wiem, że powinnam się rozpakować, pogadać z siostrami czy cokolwiek, mimo to położyłam się, w ubraniach i butach, przykryłam kocem, który leżał na tym niewygodnym łóżku, aż po czubek głowy i zaczęłam szlochać.
Chwilę później zasnęłam.
******************************************************
Witam ponownie!
Drugi rozdział już za nami, trochę nudniejsze, bo przecież trzeba opisać to wszystko zanim się rozkręci, ale wierze, że mi to wybaczycie.
Fallen Angel - Cieszę się, że zawitałaś ;D Ja niestety aktualnie nie bardzo mam czas, ale jak tylko trochę go wykombinuję, wrócę do czytania Twojego bloga!
Lusia - Witam Cię serdecznie i niezmiernie się cieszę, z posiadania nowej czytelniczki!
Niedługo wezmę się za część trzecią, chodź zapewne posty dodawane będą co dwa, trzy tygodnie.
Jeśli chodzi o mieszanie czasu... Fallen, musisz mi wybaczyć ale na pewno nie każdy post będzie tak pisany - jest to za trudne ;(
Pozdrawiam wszystkich i do poczytania!
~Riley
Nie zastanawiałam się długo, chciałam się stąd wynieść jak najszybciej, żeby lazurowe ściany nie uwięziły mnie we wspomnieniach miłych i jakże bolesnych teraz chwil.
Szybko wrzuciłam do największej walizki jaką tylko miałam wszelkie kosmetyki, perfumy, ulubione ubrania i przybory higieniczne, chwilę tylko zastanawiałam się nad zdjęciami rodziny i przyjaciół, ostatecznie wzięłam tylko jedno - moje ulubione zdjęcie mamy. Naprawdę mocno musiałam wtedy powstrzymywać łzy.
Nie wiem czemu, ale zdjęcie taty wydawało mi się nie na miejscu, tak jakbym i ja sama go skreślała.
Skierowałam się na dół w stronę kuchni, to co w niej zastałam było dla mnie kompletnym szokiem.
Valeria stała przy zlewie i myła właśnie pozostawione przez nas kilka dni temu szklanki brudne od soku pomarańczowego.
- Umyłabym. - Wymamrotałam niewiele myśląc.
- Nie wątpię, ale i mi ręce od tego nie odpadną.
Nie skomentowałam. Nie widziałam takiej potrzeby, usiadłam tylko w ciszy przy stole i przyglądając się swoim paznokciom znów zaczęłam się zastanawiać co jest nie tak z tym Natanielem i czemu w sumie mnie to interesuje. Mimo, że myślenie o chłopakach wydawało mi się bardzo nie na miejscu, to było lepsze niż martwienie się szkołą, domem dziecka, tatą i... mamą, którą właśnie nieodwracalnie straciłam.
Poczułam napływające do oczu łzy, po raz kolejny tego dnia zacisnęłam mocno powieki i pokręciłam głową.
W tym momencie zadzwonił telefon Valerii.
- Coś ci potrzeba? - Zmarszczyła lekko brwi - Nie, wzięłam dzisiaj dłuższy dyżur, tłumaczyłam ci już... Tak, jutro też nie wracam normalnie... Słuchaj to dość delikatna sprawa... Nie o wszystkim muszę ci opowiadać! Poza tym to byłoby nie grzeczne!... Słuchaj, sam możesz to sprawdzić, nie wiem, na przykład pojutrze? Nie chcę wcześniej stresować dziewczyn... No to skoro cię to nie obchodzi to po kie licho pytasz?!... Nie ważne... No to kończę... A Kastiel! Jak poczuję w domu fajki to... - Spojrzała na wyświetlacz telefonu. - Rozłączył się.
- Mąż? - Nie tyle ciekawość, co raczej chęć zajęcia myśli wzięła górę.
- Syn, rok starszy od ciebie, istna cholera! Nie rodź syna Riley dobrze ci radzę. - Znów uraczyła mnie szerokim uśmiechem.
- Wyluzuj - Uśmiechnęłam się - Myślę, że mam na to co najmniej z dziesięć lat. - Mruknęłam pod nosem, bardziej do siebie samej niż do niej.
- I to mi się podoba.
Klementyna i Melania właśnie stanęły w drzwiach kuchni.
- Gotowe?
- Nie mogę znaleźć swoich kluczy. - Melania rozglądała się dookoła, zapewne mając nadzieję, że może zostawiła je w kuchni.
- Ja je mam, niestety w placówce mamy taki regulamin, że nie wolno mi dać wam wolnego wstępu do domu. - Przez chwile mierzyła się z Melanią na wzrok, koniec końców ta młodsza odpuściła i ruszyła o kulach w stronę drzwi wyjściowych. - Łatwo poszło tym razem. - Valeria wyraźnie zadowolona również skierowała się stronę drzwi, ponaglając mnie gestem ręki.
Wyszłyśmy z domu, zanim jednak wsiadłam do samochodu, zostałam zatrzymana przez tą wiecznie zadowoloną ze wszystkiego kobietę.
- Oczywiście macie to szczęście w nieszczęściu, że to ja jestem waszym opiekunem i wymyślę jakąś historyjkę, że któraś z was odbierała Klementynę ze szkoły, więc i ta nie miała potrzeby by posiadać kluczę. - Mrugnęła do mnie porozumiewawczo.
- Czyli, że...
- Czyli, że nie jestem tak głupia żeby wierzyć Klementynie, że akurat zgubiłaś klucze przed tym wszystkim. - Gdy wypowiedziała to zdanie torebka zrobiła mi się dziwnie ciężka, aż czułam "obecność" moich kluczy, tak jakby świeciły przez materiał, czy coś. - Więc oficjalna wersja brzmi tak, że mam twoje klucze a Klementyna nigdy nie posiadała własnych, tak?
- T-tak - Przełknęłam głośno ślinę. Czyli nie zabierze mi ich, mimo, że robiłam ją w ciul razem z Klem?
- Tylko bardzo cię proszę, żadnych orgii - Ponownie odsłoniła w uśmiechu swoje białe jak śnieg zęby.
- Nie uprawiam jeszcze seksu. - Skrzywiłam się.
- Niestety pod tym kontem musimy was przebadać. Wiesz, dużo dziewczyn w waszym wieku ostatnimi czasy zbyt szybko zaczyna swoje życie seksualne. - Machnęła ręką tak jakby próbowała odgonić jakąś niewidzialną muchę.
Wsiadając do samochodu cały czas czułam jak płoną mi policzki.
Jakiś czas później Valeria zatrzymała się na osiedlu ze starymi domkami jednorodzinnymi. Za nami znajdował się stary klasztor. Masywny biały budynek z dużymi oknami, z boiskiem do siatkówki i koszykówki w jednym, oraz boiskiem do piłki nożnej. Najprawdopodobniej i za nim też coś się znajduje.
- No i jesteśmy. Zapraszam do środka o bagaże się nie martwcie, powiem starszym chłopakom, żeby je wnieśli. Teraz szybko was oprowadzę, przeczytacie regulamin, coś tam wam o tym miejscy poopowiadam a później ustalimy...- Zamyśliła się chwilę - Inne sprawy.- Skończyła marszcząc nos i trzaskając drzwiami samochodu. - O Dake! Vicktor! Wychodzicie gdzieś, czy tylko śmieci wyrzucić? - Mówiąc o śmieciach zrobiła palcami znak cudzysłowu.
- Śmieci. - Rzucił tylko chłopak w długich blond włosach.
- Weźcie później bagaże z mojego auta i wrzućcie do sześćdziesiątki, ok?
- Jasne! - Krzyknął ten w ciemnych falowanych włosach i zaraz zniknęli za budynkiem.
- Wyrzucić śmieci bez worków? - Zapytałam, chodź w rzeczywistości chciałam zapytać o coś innego. Sześćdziesiątka? To ile tam jest ludzi?
- Palisz Riley? - Tym pytaniem zbiła mnie z tropu.
- Nie. - Wzruszyłam ramionami. Trochę popalałam, jak miałam trzynaście lat, to była głupota, ale przecież nie muszę jej mówić, czyż nie?
- A oni tak. - Nie potrzebowałam więcej aby się domyślić.
Ruszyłyśmy po małych schodkach do podwójnych drzwi, Valeria zadzwoniła domofonem i poczekała chwilę na brzęczyk sygnalizujący, że ktoś otworzył. W końcu weszłyśmy do chłodnego korytarza z kamienia, najpierw schodami w dół a następnie po może dziesięciu krokach do przodu, ponownie do góry, tu chody zawijały się po obu stronach, Valeria ruszyła prawą, więc i my poszłyśmy za nią. Na pięterku okazało się, że bez znaczenia które schody wybierzesz i tak lądujesz na tym samym korytarzyku, z paskudnym żółtym linoleum na podłodze i wielkim witrażowym oknem na wprost. Piętra były jeszcze dwa, w sumie to jedno piętro i półpiętro z jakimś pomieszczeniem które widać z dołu. Korytarz posiadał dwie pary drzwi, jedne po lewej drugie po prawej. Weszłyśmy na kolejny korytarz, z zielono niebieskim linoleum, przez drzwi po prawej stronie. Tutaj po prawej stronie były okna, za nimi plac zabaw i trawnik, po lewej natomiast kilka par drzwi wystających z dziwnych dobudówek. Na końcu korytarza były kolejna drzwi.
- Idę po dyrektora, poczekajcie chwilę. - Valeria zniknęła za białymi drzwiami a jej kroki ucichły na miękkim czerwonym dywanie.
Zostałyśmy same.
- Jakoś tu cicho jak na dom dziecka, co? - Zaczęłam, żeby rozluźnić atmosferę.
- Są wakacje, może gdzieś wyszli? - Klementyna rozglądała się lekko zdenerwowana.
- Ty już wszystkich poznałaś, tak? Jacy to ludzie? - Malenia miała dziwne zniesmaczenie wyrysowane na twarzy, poprawiła swoje brązowe włosy.
- Tutaj mnie nie było, wcześniej mieszkałam w innym miejscu, bardziej przytulnym i wszyscy byli mili. - Wzruszyła ramionami.
- Nie mieszkałaś tu? - Zdziwiłam się, gdzie więc przebywała wcześniej?
- Byłam w tym całym pogotowiu opiekuńczym, ale dziś rano postanowili w końcu, że jednak nas tu przewiozą. Nic więcej nie wiem. Przynajmniej Valeria wydaje się spoko, zna nawet mój ulubiony zespół. - Uśmiechnęła się lekko, dzięki czemu jej delikatna twarz wyglądała jak u aniołka, szkoda tylko, że jakiegoś takiego zmęczonego...
- Mi tam się wydaje, że jest zwykła. Nie wiem jak to nazwać, lekko irytująca i wciska nos w nie swoje sprawy. - Ta wiecznie narzekająca farbowana szatynka, poprawiła się w kulach.
- Właśnie wyobraź sobie, że teraz jesteście moją sprawą moja droga. Panie B, dziewczynki, zapraszam do środka. - Otworzyła przed nami pomieszczenie po prawej, jak się okazało, kuchnie z jadalnią.
- Usiądźcie. - Nakazał nam Pan B, wskazując krzesła przy stole jadalnianym. Usiadłyśmy jak nakazał, przed tym jednak Melania oparła kule o cedrowy blat i pokuśtykała na jednej nodze do najbliższego krzesła.
- Dzień dobry? - Zapytała Valeria.
- Dzień dobry. - Mruknęłyśmy chórem.
- Witam, Więc ja nazywam się Andrew B i jestem dyrektorem placówki. - Mężczyzna był raczej koło pięćdziesiątki, postawny i wysoki, siwy, lekko łysiejący. Po zmarszczkach wokół oczu widać było, że dużo się uśmiecha. Szary garnitur miał dopasowany i dokładnie uprasowany, pachniał też jakimś znanym mi zapachem, może Orange Boss? - W sumie tak naprawdę, wszystkiego dowiecie się od Valerii. Od siebie, chcę tylko powiedzieć, że bardzo mi przykro, że znalazłyście się w takiej sytuacji, mamy tu wiele różnych przypadków, dzieci znajdują się tu raczej z winy rodziców a nie przez sytuacje losowe. Wiem, że ciężko będzie wam się przystosować, mam jednak nadzieję, że dacie sobie radę. Zapewnię wam naprawdę dobrego psychologa. Mam też nadzieję, że wasz ojciec szybko się wybudzi. - Uśmiechnął się lekko, próbują dodać nam otuchy a na jego twarzy pokazało się jeszcze więcej zmarszczek niż posiada. Myślę, że śmiało mogę powiedzieć, że przypomina mi mężczyzn z którymi zadaje się mój ojciec. - Wiem, że jesteście teraz w ciężkiej sytuacji ale Melanio - Wskazał na mnie palcem - Musisz wyciągnąć kolczyk z nosa.
- Jestem Riley, proszę pana. - Nie koniecznie podobało mi się, że od progu niemalże, zabraniają mi czegoś na co godzili się moi rodzice, ale niech im będzie, nie będę go nosić, przy nich.
- Och wybacz, myślałem, że ty to Melania a Melania to ty, coś mi się pomieszało. - Zmarszczył lekko czoło. - Dlatego właśnie mamy opiekunów, widzicie ciężko samemu zając się wszystkim. No cóż, pozwólcie, że zostawię was teraz, bo mam bardzo dużo spraw do załatwienia w związku z waszym przybyciem. I może zabrzmi to trochę nie za fajnie, ale czujcie się jak w domu. - Po tych słowach Klementyna pociągnęła nosem i przetarła oczy ręką.
Wyszedł z pomieszczenia zostawiając nas z Valerią, która popchnęła po stole pudełko chusteczek. Klementyna przyjęła je i skinęła głową w podzięce.
- Będziecie mieszkać w pokoju numer sześćdziesiąt, ale nie bójcie się, mamy cztery grupy po dziesięć osób, nie ma tu aż sześćdziesiątki. Niestety chcąc nie chcąc musicie pomieścić się w jednym pokoju. Jak widzicie, tutaj jest kuchnia i jadamy tu śniadania i kolacje, obiady jemy na dole. Pokażę wam zaraz. Chodźcie. - Wstała, po czym ruszyła w stronę Melanii aby jej pomóc, poszły przodem, ja i Klementyna za nimi.
- Na przeciwko kuchni macie świetlice, raczej nikt z niej nie korzysta niestety. Sama nie wiem czemu. - Po prawo od kuchni był korytarz do dyrekcji, na przeciw świetlica a po lewo wiele drzwi. - Więc tak, drzwi koło kuchni to klatka na górę, zawsze jest zamknięta, więc tam nie wejdziecie. Za nimi pokój logopedy, dalej po prawej stronie korytarza macie pokoje. Pierwszy jest Vicktora i Elio, którego aktualnie z nami nie ma. Następny to pokój Dimitriego i Evana, dalej jest Laeti i Sasha, Jade, dodatkowy pokój na brania i ostatni pokój czyli wasz, na przeciwko macie łazienkę. - Ruszyłyśmy za nią dalej na inne piętra, dowiedziałyśmy się gdzie się co znajduje, po czym wręczając nam regulamin, pozwoliła wrócić do pokoju aby odpocząć.
Pokój był mały, z paskudnymi zielonymi ścianami. Po prawej była umywalka i cześć wyłożona kafelkami, po lewej szafa, dalej za małą ścianką oddzielającą część ze zlewem od pokoju były trzy łóżka, jedno po prawej, na którym od razu usiadłam i dwa po lewej, jedno za drugim. Między tymi dwoma łóżkami była komoda, na końcu pokoju pod oknem biurko, po lewej za moim łóżkiem jeszcze jedna komoda i mała szafeczka, na której stał masywny stary telewizor. Nasze bagaże były już na środku pokoju.
Wiem, że powinnam się rozpakować, pogadać z siostrami czy cokolwiek, mimo to położyłam się, w ubraniach i butach, przykryłam kocem, który leżał na tym niewygodnym łóżku, aż po czubek głowy i zaczęłam szlochać.
Chwilę później zasnęłam.
******************************************************
Witam ponownie!
Drugi rozdział już za nami, trochę nudniejsze, bo przecież trzeba opisać to wszystko zanim się rozkręci, ale wierze, że mi to wybaczycie.
Fallen Angel - Cieszę się, że zawitałaś ;D Ja niestety aktualnie nie bardzo mam czas, ale jak tylko trochę go wykombinuję, wrócę do czytania Twojego bloga!
Lusia - Witam Cię serdecznie i niezmiernie się cieszę, z posiadania nowej czytelniczki!
Niedługo wezmę się za część trzecią, chodź zapewne posty dodawane będą co dwa, trzy tygodnie.
Jeśli chodzi o mieszanie czasu... Fallen, musisz mi wybaczyć ale na pewno nie każdy post będzie tak pisany - jest to za trudne ;(
Pozdrawiam wszystkich i do poczytania!
~Riley
czwartek, 17 maja 2018
Rozdział 1 - Zmiany
Nie lubię robić postów informacyjnych więc na szybko:
Poprawiłam pierwszy rozdział - tylko końcówkę ;)
Pozdrawiam,
~Riley.
Poprawiłam pierwszy rozdział - tylko końcówkę ;)
Pozdrawiam,
~Riley.
poniedziałek, 23 kwietnia 2018
1. Do utraty tchu
Biegłam ile sił w nogach. Wszystko co mijałam wydawało się nieistotne. Wszelkie dźwięki były jakby odległe, mijający ludzie wydawali się nie istnieć i nic nie było w stanie skupić mojej uwagi. Chciałam biec ile sił w nogach, żeby tylko wyrzucić z myśli to co przed chwilą usłyszałam.
Pokój w którym się znalazłam, miał być najprzyjemniejszym miejscem dla leczących się tu dzieci, dla mnie jednak wydał się ponury. Gdybym to ja leżała w tym szpitalu jako dziecko, zapewne nie zaglądałabym tu, nigdy nie lubiłam niczego co miało mi coś imitować, zastąpić. Niby znajdują się tu zabawki i gry, które mogą umilić czas malcom, ale jednak nie ma nic lepszego jak własny pokój i własne zabawki.
- Witaj, Riley - Kobieta siedząca na kanapie skinęła głową na powitanie, po czym wskazała ręką miejsce naprzeciwko siebie. Dopiero gdy je zajęłam, odezwała się ponownie. - Nazywam się Izabela i od tej pory będę twoim psychologiem moja droga.
- Z całym szacunkiem, ale nie wydaje mi się, żeby była mi pani potrzebna, chcę tylko dowiedzieć się co się tutaj dzieje i wyjść stąd w końcu z moją rodziną. - Warknęłam nie będąc zdolna do panowania nad sobą.
- Czyli jednak, mam wrażenie, że nie będzie tak łatwo. - Jej uśmiech wydał mi się wymuszony i nieszczery. Nie lubię takich ludzi, bardzo.
- Może mi pani po prostu powiedzieć co się stało i mnie stąd wypuścić? Chcę w końcu zobaczyć rodziców i siostry. - Zapewne Izabela i tak ma już plan jak zemną rozmawiać i co kiedy mi powiedzieć, ale nie zaszkodzi spróbować, co nie?
Chwila w której taksowała mnie wzrokiem dłużyła się, zamieniała w wieczność. Czułam się duszona przez tą niewiedzę. To tak, jakby ktoś wrzucił cię do zbiornika z wodą i przytrzymywał na samym jego dole, obiecując, że dostarczy ci butlę z tlenem, zanim jednak to zrobi, posiedzi przy zbiorniku i poobserwuje jak wygląda tonący człowiek.
Mimo, że to dopiero początek mojej rozmowy z nią, mam ochotę płakać, wyć jak jeszcze nigdy w życiu. Czemu nikt mi nic nie mówi?!
- Riley, opowiedz mi proszę ile pamiętasz. Muszę poznać twoją wersje wydarzeń i spisać ją, zanim cokolwiek ci się pomiesza od informacji które ode mnie otrzymasz. - Tym razem jej spojrzenie wydawało się łagodne, kryła się też w nim znienawidzona przeze mnie nutka żalu.
Milczałam. Nie po to, żeby zrobić jej na złość. Po prostu musiałam wszystko poukładać sobie w głowie po praz tysięczny, żeby przy opowiadaniu zachować zimną krew, nie dopuszczać do siebie najgorszego i nie płakać.
Cały czas biegłam. Coś się jednak zmieniło. Zaczęły docierać do mnie obrazy z otoczenia, mój mózg najwyraźniej nie był już tak wyłączony. Coraz dokładniej rejestrowałam wygląd drzew które, mam wrażenie, minęłam dziś kilkukrotnie. Czułam też rosnące zmęczenie i coś jakby dziwne swędzenie między łopatkami.
Słyszałam też jakieś słowo. Dziwny głos w głowie podpowiadał mi, że nie dochodzi ono z mojego wnętrza, postarałam się więc w końcu trochę skupić. Dalej biegnąc usłyszałam wyraźnie jak ktoś woła za mną "stój". Sama nie wiem czemu, ale tak też zrobiłam, po prostu zatrzymałam się gwałtownie i odwróciłam, po czym zaraz zakryłam twarz rękami, aby uniknąć zderzenia z górą.
Ktoś pochwycił mnie z ramiona i trzymając mnie w stalowym uścisku obrócił się wokół własnej osi.
- Ale nie tak gwałtownie! - Poczułam jak uścisk robi się coraz luźniejszy, aż w końcu ramiona w okół mnie znikają.
Przez chwilę, dosłownie ułamek sekundy, zapragnęłam krzyczeć, żeby ten ktoś już zawsze tak mnie trzymał.
Stałam teraz na przeciwko "góry", czyli wysokiego, umięśnionego blondyna. O dziwno zarejestrowałam też, że ma niezwykłe złote oczy i jest realnie przystojny - realnie, czyli w moim rozumieniu po prostu nie poprawiany czy nie idealny, o prostu przystojny.
Zaraz zbeształam się w myślach za to, że w ogóle byłam w stanie pomyśleć o czymś takim.
- Wiesz, ja też uwielbiam biegać, ale na następny raz, kiedy najdzie cię ochota na skatowanie się kilkunastoma kółkami załóż przynajmniej coś wygodniejszego od dżinsów. - Popatrzyłam na niego krzywo, dalej jednak wyszczerzał zęby w szerokim uśmiechu.
Spocone pasemko grzywki opadało mu na czoło, utkwiłam wzrok właśnie w tym punkcie jego twarzy.
- Mówię ci poważnie, zrób teraz kilka wolniejszych kroków, zobaczysz jak się lepisz. - Nie wiem jakim cudem udało uśmiechnąć mu się jeszcze szerzej.
- Kim jesteś i czego w sumie chcesz? - Zdobyłam się na spojrzenie mu w oczy. Złoto w jego tęczówkach wydawało się być płynne. To właśnie jeden z tych płynów z którego ciężko się wydostać po zagłębieniu, śliczny, ale gęsty i wciągający coś jakby złote ruchome piaski zamienione w ciecz.
- Och, oczywiście - Widać było, że chwilowo odpłynął gdzieś do krainy swoich myśli - Nataniel, w sumie faktycznie dziwnie wyszło, obcy facet cie zaczepia, poucza i nawet się nie przedstawi na wstępnie. - Milczałam, w związku z czym zaczął mi się dokładnie przyglądać. - Teraz powiesz mi przed czym uciekasz? - Wyciągnął do mnie dłoń.
Uścisnęłam ją i przytrzymałam studiując widoczne zniszczenia.
- Riley - W końcu uwolniłam jego rękę. - Biegnę, bo mam nadzieję, że zmęczy mnie to tak bardzo, że zasnę a po obudzeniu moje życie wróci do normalności.
Powaga na jego twarzy tak bardzo mu nie pasowała, automatycznie sprawiał wrażenie kogoś starszego, kto przeszedł w życiu już zbyt wiele.
- Tak więc miło cię poznać, Riley.
Ile pamiętam, tak? Wzięłam głęboki wdech.
- Tego dnia jechałam z rodzicami i Melanią do stolicy, żeby zobaczyć otwarcie drugiej restauracji matki. Klementyna była na obozie, kolejnego dnia miała wracać, tak więc nie było jej z nami - Na całe szczęście, dodałam w myślach. - Jechaliśmy główną drogą. Melanie szczebiotała oczywiście o swoich ocenach i koleżankach. Pokłóciłyśmy się o to. Chwilę później usłyszałam dźwięk jakby zgrzytania metalu o metal, wtedy jakoś mi to umknęło, ale teraz jestem pewna, że słyszałam też huki. Tata zaklął, skręcił mocno w lewo. Zobaczyłam zderzające się samochody, kilkanaście, może więcej. Cały ten ich łańcuch zbliżał się w naszą stronę, mama chyba nie zapięła pasów, wiem, że mocowała się z nimi. Uderzyliśmy w drzewo. -Przełknęłam zalegającą mi w gardle gule.- Tyle pamiętam. Nie wiem co działo się później ze mną, czy z kimkolwiek z naszej rodziny.
Izabela chwilę milczała. Przejrzała swoją teczkę z dokumentami i położyła przede mną zdjęcie Klementyny. Było zrobione w dzień w którym jechała na obóz.
- Czy to jest twoja siostra? - Przysunęła zdjęcie jeszcze bliżej.
- Tak, Klementyna. - Zadrżały mi dłonie. Czemu pyta mnie o Klementynę w taki sposób? Co się tu dzieje?
- Riley, reszta zdjęć które mam ci pokazać może być dla ciebie wstrząsem, rozumiesz? - To był bardzo stanowczy ton, jeden z tych które mówiły, musisz przez to przejść i zachować się jak dorosła, coraz bardziej bałam się tego co miałam usłyszeć.
Skinęłam tylko głową.
- Riley, tego dnia trafiłaś nieprzytomna do szpitala. Twój tata i Melania też tu są. Melania jest przytomna, ma jednak złamaną nogę i skrzywienia kręgosłupa, szczęście w nieszczękaniu jest takie, że najpewniej skończy się to tylko na gorsecie ortopedycznym. Od jej strony uderzyło w was auto, na szczęście z niedużą prędkością, bo kierowca hamował. - Podsunęłam mi zdjęcie naszego zgniecionego od przodu i lewego boku, czarnego Hyundaia Elantra. Rodzice kupili go chyba ze trzy miesiące temu. - Z tego co mi wiadomo chce on się z wami spotkać. Póki co szacuje się, że Melania dostanie około pięćdziesięciu tysięcy funtów odszkodowania - Zrobiła krótką pauzę, sięgnęła po dwa plastikowe kubki i nalała do nich wyciągniętą chwilę temu z torby wodę mineralizowaną. Jeden z kubków przesunęła w moją stronę. Nie napiłam się. Skrzywiła się lekko wyciągając przede mnie kolejne zdjęcie. Melania leżała na szpitalnym łóżku, nogę oczywiście miała w gipsie, twarz spuchniętą i obitą.- Twój tata,widzisz tutaj sytuacja się skomplikowała. Ma pęknięcie śledziony pierwszego stopnia, wiem, że brzmi to paskudnie jednak wcale nie jest aż tak groźne, mogło być gorzej. Złamał też prawy obojczyk, obie nogi i miał wstrząs mózgu, obecnie jeszcze się nie obudził i niewiadome jest kiedy to nastąpi, prawdę mówiąc lekarze nie dają mu zbyt wielkich szans. - Mimowolnie łzy popłynęły mi po policzkach, pociągnęłam solidny łyk wody z plastikowego kubka. Izabela podała mi zdjęcie mojego taty. Zrobione przez szybę jednej ze szpitalnych sal. Wyglądał okropnie, cały posiniaczony, podłączony do wielu urządzeń, których nazwać nawet nie umiem. - Twoja mama Riley, niestety nie udało im się jej uratować. Zgon nastąpił na miejscu, najpewniej zaraz po uderzeniu w drzewo. Samochód się zgniótł i zmiażdżył jej nogi oraz wiele organów wewnętrznych.
- Ale jak? Co? - Starałam się poukładać sobie wszystko w głowie. - Co stało się z Klementyną? - Zapytałam, przypominając sobie jak pokazana mi jej zdjęcie.
- Klementyna przebywa w pogotowiu opiekuńczym. Wie już o wszystkim. Trochę się zamknęła w sobie ale mimo wszystko współpracuje chc...
- A co teraz stanie się z nami trzema?! - Przerwałam jej wypowiedź. Stanęłam naprzeciwko stolika i mocno uderzyłam w niego otwartymi dłońmi, opierając się tym samym.
- Póki co umieścimy was w pogotowiu opiekuńczym, zaraz po tym najpewniej przeniesiemy was jak najszybciej do domu dziecka gdzie będziecie czekać na obudzenie się waszego ojca.
- O ile się obudzi?!
- Riley, uspokój się, obudzi się.
- Skąd ty kurwa możesz to wiedzieć?! - Wykrzyczałam ostatnie pytanie, po czym nie przejmując się tym co stanie się z moimi rzeczami, wybiegłam z pokoiku.
Biegłam przez korytarz szpitalny, ktoś chyba krzyknął coś o jakimś zakazie, nie zrozumiałam, w tamtej chwili moje zmysły chyba się wyłączyły.
- Chcesz mi opowiedzieć co się stało? - Nataniel podał mi butelkę wody, odkręciłam ja po czym na raz opróżniłam ponad połowę.
- Więc zaczęło się od otworzenia przez moją matkę nowej restauracji w Londynie....-Zamilkłam w pół zdania. Sama nie wiem czemu od razu z taką łatwością zaczęłam po prostu paplać, nigdy nie miałam przecież w zwyczaju nieostrożności.
- Coś nie tak? - Przekrzywił głowę, a jego blond loczki znów wpadły mu do oka.
- Po prostu, chyba jednak nie chcę się zwierzać komuś kogo nie znam. Wybacz. - Obserwowałam jego reakcje, na prawdę przydałaby mi się tutaj Debra, tylko z nią mogłabym o wszystkim normalnie pogadać.
- Och, no tak, nic dziwnego. - Tym razem o dziwno się nie uśmiechnął. - To może coś bardziej neutralnego? Ile masz lat?
- Niedługo kończę szesnaście, jeszcze coś koło trzech tygodni. A ty?- Czułam, że ta rozmowa prowadzi donikąd, w sumie nawet nie bardzo chciało mi się gadać w tym momencie.
- Siedemnaście. Teraz zaczynasz liceum, tak?
- Yhym. - Mruknęłam a przed oczami pojawił mi się obraz wszystkich moich znajomych, którym teraz w nowej szkole jakoś będę musiała wytłumaczyć moją sytuację. Coś mi podpowiada, że na szczycie to ja już nie będę nigdy w życiu...
- Jakieś plany co do szkoły?
O proszę, czyta w myślach?
- Jakieś tam są tylko, że sytuacja się komplikuje... Chyba muszę to zmienić zważając na to co dzieję się teraz w moim życiu.
- Może zapisz się do mnie? Chodzę co Amorisa, skusisz się?
Popatrzyłam na niego jak na idiotę.
- Wybacz Nataniel, czy jak ci tam na imię ale naprawdę nie jestem w nastroju - Wstałam i otrzepałam tyłek. - Całe moje życie właśnie się pierdoli i wcale nie mam ochoty teraz z tobą flirtować, dowiadywać się czegokolwiek na twój temat czy myśleć o szkole a teraz wybacz, wracam do szpitala. - Ruszyłam przed siebie pewnym krokiem. Wiem, że pewnie go zraniłam, nie jest to w moim stylu ale nie mam siły na nawiązywanie znajomości.
Po kilku minutach szybkiego marszu stanęłam naprzeciw głównego wejścia do szpitala. Teraz nie byłam już w stanie zrobić kroku, nogi odmawiały mi posłuszeństwa.
I właśnie w tym momencie poczułam jak ktoś popycha mnie lekko. Odwróciłam głowę i ku zdziwieniu zobaczyłam za sobą Nataniela. Smutnego, ale nie obrażonego czy wkurzonego. Podeszliśmy do automatycznych drzwi.
- Dziękuję. - Wyszeptałam odwracając głowię przez ramię w jego stronę.
Skinął głową z poważną miną. Złoto w jego oczach znów sprawiało wrażenie ruchomego, zanim ruszyłam przed siebie w głąb szpitala zarejestrowałam jeszcze jak po policzku spłynęła mu samotna łza.
Nie była złota.
*********************************************************************
Jeśli dotrwałeś do końca, dziękuję za Twój poświęcony czas. Mam nadzieję, że podoba wam się świat Riley.
Ciężko mi się pisało, nadal mam problem z opisem sytuacji, wierze jednak, że dacie mi czas na naukę.
Pozdrawiam cieplutko i do poczytania!
~Riley
Pokój w którym się znalazłam, miał być najprzyjemniejszym miejscem dla leczących się tu dzieci, dla mnie jednak wydał się ponury. Gdybym to ja leżała w tym szpitalu jako dziecko, zapewne nie zaglądałabym tu, nigdy nie lubiłam niczego co miało mi coś imitować, zastąpić. Niby znajdują się tu zabawki i gry, które mogą umilić czas malcom, ale jednak nie ma nic lepszego jak własny pokój i własne zabawki.
- Witaj, Riley - Kobieta siedząca na kanapie skinęła głową na powitanie, po czym wskazała ręką miejsce naprzeciwko siebie. Dopiero gdy je zajęłam, odezwała się ponownie. - Nazywam się Izabela i od tej pory będę twoim psychologiem moja droga.
- Z całym szacunkiem, ale nie wydaje mi się, żeby była mi pani potrzebna, chcę tylko dowiedzieć się co się tutaj dzieje i wyjść stąd w końcu z moją rodziną. - Warknęłam nie będąc zdolna do panowania nad sobą.
- Czyli jednak, mam wrażenie, że nie będzie tak łatwo. - Jej uśmiech wydał mi się wymuszony i nieszczery. Nie lubię takich ludzi, bardzo.
- Może mi pani po prostu powiedzieć co się stało i mnie stąd wypuścić? Chcę w końcu zobaczyć rodziców i siostry. - Zapewne Izabela i tak ma już plan jak zemną rozmawiać i co kiedy mi powiedzieć, ale nie zaszkodzi spróbować, co nie?
Chwila w której taksowała mnie wzrokiem dłużyła się, zamieniała w wieczność. Czułam się duszona przez tą niewiedzę. To tak, jakby ktoś wrzucił cię do zbiornika z wodą i przytrzymywał na samym jego dole, obiecując, że dostarczy ci butlę z tlenem, zanim jednak to zrobi, posiedzi przy zbiorniku i poobserwuje jak wygląda tonący człowiek.
Mimo, że to dopiero początek mojej rozmowy z nią, mam ochotę płakać, wyć jak jeszcze nigdy w życiu. Czemu nikt mi nic nie mówi?!
- Riley, opowiedz mi proszę ile pamiętasz. Muszę poznać twoją wersje wydarzeń i spisać ją, zanim cokolwiek ci się pomiesza od informacji które ode mnie otrzymasz. - Tym razem jej spojrzenie wydawało się łagodne, kryła się też w nim znienawidzona przeze mnie nutka żalu.
Milczałam. Nie po to, żeby zrobić jej na złość. Po prostu musiałam wszystko poukładać sobie w głowie po praz tysięczny, żeby przy opowiadaniu zachować zimną krew, nie dopuszczać do siebie najgorszego i nie płakać.
Cały czas biegłam. Coś się jednak zmieniło. Zaczęły docierać do mnie obrazy z otoczenia, mój mózg najwyraźniej nie był już tak wyłączony. Coraz dokładniej rejestrowałam wygląd drzew które, mam wrażenie, minęłam dziś kilkukrotnie. Czułam też rosnące zmęczenie i coś jakby dziwne swędzenie między łopatkami.
Słyszałam też jakieś słowo. Dziwny głos w głowie podpowiadał mi, że nie dochodzi ono z mojego wnętrza, postarałam się więc w końcu trochę skupić. Dalej biegnąc usłyszałam wyraźnie jak ktoś woła za mną "stój". Sama nie wiem czemu, ale tak też zrobiłam, po prostu zatrzymałam się gwałtownie i odwróciłam, po czym zaraz zakryłam twarz rękami, aby uniknąć zderzenia z górą.
Ktoś pochwycił mnie z ramiona i trzymając mnie w stalowym uścisku obrócił się wokół własnej osi.
- Ale nie tak gwałtownie! - Poczułam jak uścisk robi się coraz luźniejszy, aż w końcu ramiona w okół mnie znikają.
Przez chwilę, dosłownie ułamek sekundy, zapragnęłam krzyczeć, żeby ten ktoś już zawsze tak mnie trzymał.
Stałam teraz na przeciwko "góry", czyli wysokiego, umięśnionego blondyna. O dziwno zarejestrowałam też, że ma niezwykłe złote oczy i jest realnie przystojny - realnie, czyli w moim rozumieniu po prostu nie poprawiany czy nie idealny, o prostu przystojny.
Zaraz zbeształam się w myślach za to, że w ogóle byłam w stanie pomyśleć o czymś takim.
- Wiesz, ja też uwielbiam biegać, ale na następny raz, kiedy najdzie cię ochota na skatowanie się kilkunastoma kółkami załóż przynajmniej coś wygodniejszego od dżinsów. - Popatrzyłam na niego krzywo, dalej jednak wyszczerzał zęby w szerokim uśmiechu.
Spocone pasemko grzywki opadało mu na czoło, utkwiłam wzrok właśnie w tym punkcie jego twarzy.
- Mówię ci poważnie, zrób teraz kilka wolniejszych kroków, zobaczysz jak się lepisz. - Nie wiem jakim cudem udało uśmiechnąć mu się jeszcze szerzej.
- Kim jesteś i czego w sumie chcesz? - Zdobyłam się na spojrzenie mu w oczy. Złoto w jego tęczówkach wydawało się być płynne. To właśnie jeden z tych płynów z którego ciężko się wydostać po zagłębieniu, śliczny, ale gęsty i wciągający coś jakby złote ruchome piaski zamienione w ciecz.
- Och, oczywiście - Widać było, że chwilowo odpłynął gdzieś do krainy swoich myśli - Nataniel, w sumie faktycznie dziwnie wyszło, obcy facet cie zaczepia, poucza i nawet się nie przedstawi na wstępnie. - Milczałam, w związku z czym zaczął mi się dokładnie przyglądać. - Teraz powiesz mi przed czym uciekasz? - Wyciągnął do mnie dłoń.
Uścisnęłam ją i przytrzymałam studiując widoczne zniszczenia.
- Riley - W końcu uwolniłam jego rękę. - Biegnę, bo mam nadzieję, że zmęczy mnie to tak bardzo, że zasnę a po obudzeniu moje życie wróci do normalności.
Powaga na jego twarzy tak bardzo mu nie pasowała, automatycznie sprawiał wrażenie kogoś starszego, kto przeszedł w życiu już zbyt wiele.
- Tak więc miło cię poznać, Riley.
Ile pamiętam, tak? Wzięłam głęboki wdech.
- Tego dnia jechałam z rodzicami i Melanią do stolicy, żeby zobaczyć otwarcie drugiej restauracji matki. Klementyna była na obozie, kolejnego dnia miała wracać, tak więc nie było jej z nami - Na całe szczęście, dodałam w myślach. - Jechaliśmy główną drogą. Melanie szczebiotała oczywiście o swoich ocenach i koleżankach. Pokłóciłyśmy się o to. Chwilę później usłyszałam dźwięk jakby zgrzytania metalu o metal, wtedy jakoś mi to umknęło, ale teraz jestem pewna, że słyszałam też huki. Tata zaklął, skręcił mocno w lewo. Zobaczyłam zderzające się samochody, kilkanaście, może więcej. Cały ten ich łańcuch zbliżał się w naszą stronę, mama chyba nie zapięła pasów, wiem, że mocowała się z nimi. Uderzyliśmy w drzewo. -Przełknęłam zalegającą mi w gardle gule.- Tyle pamiętam. Nie wiem co działo się później ze mną, czy z kimkolwiek z naszej rodziny.
Izabela chwilę milczała. Przejrzała swoją teczkę z dokumentami i położyła przede mną zdjęcie Klementyny. Było zrobione w dzień w którym jechała na obóz.
- Czy to jest twoja siostra? - Przysunęła zdjęcie jeszcze bliżej.
- Tak, Klementyna. - Zadrżały mi dłonie. Czemu pyta mnie o Klementynę w taki sposób? Co się tu dzieje?
- Riley, reszta zdjęć które mam ci pokazać może być dla ciebie wstrząsem, rozumiesz? - To był bardzo stanowczy ton, jeden z tych które mówiły, musisz przez to przejść i zachować się jak dorosła, coraz bardziej bałam się tego co miałam usłyszeć.
Skinęłam tylko głową.
- Riley, tego dnia trafiłaś nieprzytomna do szpitala. Twój tata i Melania też tu są. Melania jest przytomna, ma jednak złamaną nogę i skrzywienia kręgosłupa, szczęście w nieszczękaniu jest takie, że najpewniej skończy się to tylko na gorsecie ortopedycznym. Od jej strony uderzyło w was auto, na szczęście z niedużą prędkością, bo kierowca hamował. - Podsunęłam mi zdjęcie naszego zgniecionego od przodu i lewego boku, czarnego Hyundaia Elantra. Rodzice kupili go chyba ze trzy miesiące temu. - Z tego co mi wiadomo chce on się z wami spotkać. Póki co szacuje się, że Melania dostanie około pięćdziesięciu tysięcy funtów odszkodowania - Zrobiła krótką pauzę, sięgnęła po dwa plastikowe kubki i nalała do nich wyciągniętą chwilę temu z torby wodę mineralizowaną. Jeden z kubków przesunęła w moją stronę. Nie napiłam się. Skrzywiła się lekko wyciągając przede mnie kolejne zdjęcie. Melania leżała na szpitalnym łóżku, nogę oczywiście miała w gipsie, twarz spuchniętą i obitą.- Twój tata,widzisz tutaj sytuacja się skomplikowała. Ma pęknięcie śledziony pierwszego stopnia, wiem, że brzmi to paskudnie jednak wcale nie jest aż tak groźne, mogło być gorzej. Złamał też prawy obojczyk, obie nogi i miał wstrząs mózgu, obecnie jeszcze się nie obudził i niewiadome jest kiedy to nastąpi, prawdę mówiąc lekarze nie dają mu zbyt wielkich szans. - Mimowolnie łzy popłynęły mi po policzkach, pociągnęłam solidny łyk wody z plastikowego kubka. Izabela podała mi zdjęcie mojego taty. Zrobione przez szybę jednej ze szpitalnych sal. Wyglądał okropnie, cały posiniaczony, podłączony do wielu urządzeń, których nazwać nawet nie umiem. - Twoja mama Riley, niestety nie udało im się jej uratować. Zgon nastąpił na miejscu, najpewniej zaraz po uderzeniu w drzewo. Samochód się zgniótł i zmiażdżył jej nogi oraz wiele organów wewnętrznych.
- Ale jak? Co? - Starałam się poukładać sobie wszystko w głowie. - Co stało się z Klementyną? - Zapytałam, przypominając sobie jak pokazana mi jej zdjęcie.
- Klementyna przebywa w pogotowiu opiekuńczym. Wie już o wszystkim. Trochę się zamknęła w sobie ale mimo wszystko współpracuje chc...
- A co teraz stanie się z nami trzema?! - Przerwałam jej wypowiedź. Stanęłam naprzeciwko stolika i mocno uderzyłam w niego otwartymi dłońmi, opierając się tym samym.
- Póki co umieścimy was w pogotowiu opiekuńczym, zaraz po tym najpewniej przeniesiemy was jak najszybciej do domu dziecka gdzie będziecie czekać na obudzenie się waszego ojca.
- O ile się obudzi?!
- Riley, uspokój się, obudzi się.
- Skąd ty kurwa możesz to wiedzieć?! - Wykrzyczałam ostatnie pytanie, po czym nie przejmując się tym co stanie się z moimi rzeczami, wybiegłam z pokoiku.
Biegłam przez korytarz szpitalny, ktoś chyba krzyknął coś o jakimś zakazie, nie zrozumiałam, w tamtej chwili moje zmysły chyba się wyłączyły.
- Chcesz mi opowiedzieć co się stało? - Nataniel podał mi butelkę wody, odkręciłam ja po czym na raz opróżniłam ponad połowę.
- Więc zaczęło się od otworzenia przez moją matkę nowej restauracji w Londynie....-Zamilkłam w pół zdania. Sama nie wiem czemu od razu z taką łatwością zaczęłam po prostu paplać, nigdy nie miałam przecież w zwyczaju nieostrożności.
- Coś nie tak? - Przekrzywił głowę, a jego blond loczki znów wpadły mu do oka.
- Po prostu, chyba jednak nie chcę się zwierzać komuś kogo nie znam. Wybacz. - Obserwowałam jego reakcje, na prawdę przydałaby mi się tutaj Debra, tylko z nią mogłabym o wszystkim normalnie pogadać.
- Och, no tak, nic dziwnego. - Tym razem o dziwno się nie uśmiechnął. - To może coś bardziej neutralnego? Ile masz lat?
- Niedługo kończę szesnaście, jeszcze coś koło trzech tygodni. A ty?- Czułam, że ta rozmowa prowadzi donikąd, w sumie nawet nie bardzo chciało mi się gadać w tym momencie.
- Siedemnaście. Teraz zaczynasz liceum, tak?
- Yhym. - Mruknęłam a przed oczami pojawił mi się obraz wszystkich moich znajomych, którym teraz w nowej szkole jakoś będę musiała wytłumaczyć moją sytuację. Coś mi podpowiada, że na szczycie to ja już nie będę nigdy w życiu...
- Jakieś plany co do szkoły?
O proszę, czyta w myślach?
- Jakieś tam są tylko, że sytuacja się komplikuje... Chyba muszę to zmienić zważając na to co dzieję się teraz w moim życiu.
- Może zapisz się do mnie? Chodzę co Amorisa, skusisz się?
Popatrzyłam na niego jak na idiotę.
- Wybacz Nataniel, czy jak ci tam na imię ale naprawdę nie jestem w nastroju - Wstałam i otrzepałam tyłek. - Całe moje życie właśnie się pierdoli i wcale nie mam ochoty teraz z tobą flirtować, dowiadywać się czegokolwiek na twój temat czy myśleć o szkole a teraz wybacz, wracam do szpitala. - Ruszyłam przed siebie pewnym krokiem. Wiem, że pewnie go zraniłam, nie jest to w moim stylu ale nie mam siły na nawiązywanie znajomości.
Po kilku minutach szybkiego marszu stanęłam naprzeciw głównego wejścia do szpitala. Teraz nie byłam już w stanie zrobić kroku, nogi odmawiały mi posłuszeństwa.
I właśnie w tym momencie poczułam jak ktoś popycha mnie lekko. Odwróciłam głowę i ku zdziwieniu zobaczyłam za sobą Nataniela. Smutnego, ale nie obrażonego czy wkurzonego. Podeszliśmy do automatycznych drzwi.
- Dziękuję. - Wyszeptałam odwracając głowię przez ramię w jego stronę.
Skinął głową z poważną miną. Złoto w jego oczach znów sprawiało wrażenie ruchomego, zanim ruszyłam przed siebie w głąb szpitala zarejestrowałam jeszcze jak po policzku spłynęła mu samotna łza.
Nie była złota.
*********************************************************************
Jeśli dotrwałeś do końca, dziękuję za Twój poświęcony czas. Mam nadzieję, że podoba wam się świat Riley.
Ciężko mi się pisało, nadal mam problem z opisem sytuacji, wierze jednak, że dacie mi czas na naukę.
Pozdrawiam cieplutko i do poczytania!
~Riley
piątek, 13 kwietnia 2018
P R O L O G
Ciemność. Nic więcej, od długiego czasu tonę w mroku. Nie wiem ile to już trwa, czuję, że zaczynam się budzić, ale póki co rozwarcie powiek jest dla mnie zbyt wielkim wysiłkiem. Najbardziej przytłacza mnie to, że nie jestem w stanie nawet zorientować się jaka jest pora dnia. Delikatnie poruszyłam głową na poduszce, jeszcze chwilę temu ten ruch wydawał się niemożliwy. W końcu udało mi się uchylić prawe oko jedynie na około milimetr, jedyne co zauważyłam, to jasna poświata dnia. Ponownie ogarnęła mnie ciemność.
Odwróciłam twarz w stronę Melanii, nie będąc dłużej w stanie słuchać o jej ocenach i jakże wspaniałych koleżankach, które są przecież I D E A L N Y M, cokolwiek to znaczy, wzorem do naśladowania dla każdego.
- Mogłabyś na trochę się przymknąć? - Wyszczerzyłam w krzywym uśmieszku moje idealnie proste zęby, które odziedziczyłam po ojcu. Zauważyłam, że rozmyśla nad jakąś ciętą ripostą przy której nie wyraziłaby się nieodpowiednio przy rodzicach, bo w końcu musi na każdym kroku pokazywać im jaka jest idealna.
- Jaki masz problem z tym, że mam o czym opowiadać? Zacznij mieć jakieś osiągnięcia to i ty będziesz mogła rozmawiać jak normalny człowiek. - Zarzuciła swoje ufarbowane na brązowo włosy na plecy i zrobiła tą śmieszną minę, którą wraz z Klementyną nazywałyśmy szczurzym marszczeniem nosa.
- Przestańcie się kłócić, jesteśmy już prawie na miejscu. - Jak zawsze odezwała się nasza rodzicielka, która nie dopuszcza nigdy do większych kłótni. Przeważnie robi nam wykład o tym jak ważne są więzi rodzinne, bla bla bla i bla bla.
Pochwyciłam spojrzenie taty w lusterku. Uśmiechał się lekko, to taki jego odruch kiedy chce mi dodać otuchy po kłótni z Melanią czy matką. Oczywiście kłótnia z tą pierwszą zawsze kończy się opieprzem przez tą drugą. Tyle o ile wszelkie zatargi z Melanią mi wiszą, tak z matką jednak kłócić się nie lubię, zawsze była wzorem do naśladowania, miła, pewna siebie i zdolna. Lubie kiedy mówi, że i ja mogę osiągnąć wszystko to co i ona posiada.
Wybudziłam się ponownie przez jakiś hałas po mojej lewej.
Co było dalej? Nie mogę sobie przypomnieć, wszystko przypomina mi się dopiero we śnie. Więc dlaczego znowu ciekną mi po twarzy łzy?
- Proszę pani, ona płacze? - Gdzieś w oddali usłyszałam głos Klementyny.
Ponownie czułam, że Morfeusz chwyta mnie w swoje ramiona. Jeszcze chwila Riley, dasz radę nie zasypiać, porusz się!
- Mówiłam ci, żebyś nazywała mnie ciocią, tak będzie milej. - Nie wiedziałam kto wypowiedział to zdanie, w każdym razie nie miałam nawet czasu się zastanowić, bo znów zasnęłam.
Nagle gdzieś za nami rozległ się przeraźliwy huk, usłyszałam też intensywne zgrzytanie metalu o metal.
- O kurwa!- Tata nie był w stanie zapanować nad bluźnierstwem. Puścił pod nosem siarczystą wiązankę, skręcił gwałtownie i dopiero teraz udało mi się dostrzec zderzające się za nami samochody. Coraz bliżej.
- Szybciej! - Wykrzykiwała mama, panicznie mocując się z pasem. Boże, czy ona go nie zapięła?!
Zarejestrowałam jeszcze moment w którym ojciec uderzył w drzewo.
- Riley?! - Poczułam jak ktoś szturcha mnie w ramie. - Boże ciociu poruszyła się! - Tym razem głos Klementyny był nie do zniesienia. W głowie mi huczało, cały czas słyszałam odgłos uderzania samochodem w drzewo.
-Cicho bądź.- Wychrypiałam. O dziwo udało mi się w końcu rozewrzeć powieki. Światło oślepiło mnie tak bardzo, że automatycznie ponownie je zamknęłam. Zmusiłam się do szybkiego i bardzo częstego mrugania, starając się przy okazji mieć jak najdłużej otwarte oczy.
Klementyna siedziała po lewej stronie mojego łózka, twarz zaczerwienioną miała od płaczu. Za jej plecami stała jakaś nieznana mi kobieta. Postawna, lekko przy kości, włosy miała brązowe z pofarbowanymi na czerwono końcówkami. Uśmiechała się przyjaźnie.
- Cześć Riley, mam na imię Valeria i póki co będę waszą opiekunką. - Pochyliła się i poprawiła moją białą, jak się mogę domyśleć po wystroju pokoju, szpitalną kołdrę. - Pozwól, że opowiem ci wszystko później a teraz zawołam lekarza, ok?
- Ok. - Odparłam tylko.
Przez kilka kolejnych dni Valeria się nie pojawiła. Klementyna i Melania również. Nikt nie chciał mi też powiedzieć nic na temat mamy i taty. Lekarze unikali odpowiedzi, pielęgniarki robiły tylko pocieszające uśmieszki. Trzeba by być idiotką, żeby nie domyśleć się, że wszystko jest nie tak jak powinno.
Stałam obok szpitalnego łóżka, ubrana w to co znalazłam w płóciennej czarnej torbie z błyskawicą, mojej ale porzuconej przeze mnie lata tamu gdzieś w czeluściach mojej szafy. Ktoś naszykował dla mnie świeżą koronkową bieliznę, wyciągając ją modliłam się, żeby nie okazało się, że pakował to tata, czarną koszulkę na ramiączka, czarną siatkę z tiulu, moje ulubione czarne trampki i jasne znoszone dżinsy. Siatka, mimo upału okazała się znakomitym pomysłem, niby trochę lepiła się do ciała, ale maskowała zadrapania i siniaki.
Za oknem oczywiście świeciło słońce, niebo było bezchmurne i raczej nic nie wskazywało na żadne ochłodzenie się. I dobrze w końcu stąd wyjdę i pooddycham świeżym powietrzem. Upalnym gęstym, ale świeżym.
- Och! Ledwo skończyło się śniadanie a Ty już gotowa? - W progu mojego pokoju stanęła młoda, dość ładna pielęgniarka, o długich blond włosach spiętych w niskiego koka.
Przez ostatnie sześć dni to właśnie ją widziałam tutaj najczęściej. Czasem przychodził też lekarz, starszy, siwy, krępy pan ze śmieszną wadę wymowy, uniemożliwiającą mu poprawne wymówienie litery r.
- Tak, wiadomo już kiedy ktoś po mnie przyjdzie? Chciałabym stąd w końcu wyjść. - Uśmiechnęłam się lekko przekrzywiając głowę w bok, przy okazji wsunęłam za ucho niesforny kosmyk.
- Ym, więc tak. Pani psycholog czeka na ciebie w tak zwanej bawialni. Widzisz, wypadałoby żebyś w końcu dowiedziała się co stało się tamtego dnia Riley. - Popatrzyła na mnie a na jej twarzy dostrzegłam mieszaninę troski i współczucia. To nie wróży nic dobrego.
- Prowadź. - Stuknęłam się bezradnie otwartą dłonią w bok uda, po czym ruszyłam za miss pielęgniarek.
Gdy dotarłam na miejsce zobaczyłam za szklanymi drzwiami pokoik wypełniony małymi krzesełkami i stolikami, dywan był oczywiście taki sam jak u większości małych chłopców, z wydrukowanym miastem i ulicami, dobry do zabawy samochodzikami. Na regałach piętrzyły się książki z bajkami dla dzieci, gdzieniegdzie walały się klocki i pluszowe misie. Na szklanych drzwiach przyklejono różową kartkę z wypisanym zielonym flamastrem słowem "Bawialnia". W rogu pomieszczenia dostrzegłam czerwoną, skórzaną kanapę, postawioną tam zapewne dla rodziców bawiących się malców, w tym momencie zajęta jednak była przez rudą, szczupłą i bardzo elegancką kobietę. W pomieszczeniu oczywiście nie było żadnych dzieci.
Poczułam jak pali mnie cała twarz, więc instynktownie dotknęłam dłonią obitego policzka. W końcu zebrałam się na odwagę i nacisnęłam klamkę.
- Powodzenia. - Rzuciła za mną smutnym głosem pielęgniarka.
*********************************************************
Dotrwałam! Udało się! Napisałam to do końca mimo, że tak bardzo nienawidzę pisać prologów. Jeśli jesteś tu ze mną i też przez to przebrnęłaś/ąłeś wiedz, że cię kocham!
Mam nadzieję, że spotkamy się też przy rozdziale pierwszym♥
To do poczytania!
~Riley
Odwróciłam twarz w stronę Melanii, nie będąc dłużej w stanie słuchać o jej ocenach i jakże wspaniałych koleżankach, które są przecież I D E A L N Y M, cokolwiek to znaczy, wzorem do naśladowania dla każdego.
- Mogłabyś na trochę się przymknąć? - Wyszczerzyłam w krzywym uśmieszku moje idealnie proste zęby, które odziedziczyłam po ojcu. Zauważyłam, że rozmyśla nad jakąś ciętą ripostą przy której nie wyraziłaby się nieodpowiednio przy rodzicach, bo w końcu musi na każdym kroku pokazywać im jaka jest idealna.
- Jaki masz problem z tym, że mam o czym opowiadać? Zacznij mieć jakieś osiągnięcia to i ty będziesz mogła rozmawiać jak normalny człowiek. - Zarzuciła swoje ufarbowane na brązowo włosy na plecy i zrobiła tą śmieszną minę, którą wraz z Klementyną nazywałyśmy szczurzym marszczeniem nosa.
- Przestańcie się kłócić, jesteśmy już prawie na miejscu. - Jak zawsze odezwała się nasza rodzicielka, która nie dopuszcza nigdy do większych kłótni. Przeważnie robi nam wykład o tym jak ważne są więzi rodzinne, bla bla bla i bla bla.
Pochwyciłam spojrzenie taty w lusterku. Uśmiechał się lekko, to taki jego odruch kiedy chce mi dodać otuchy po kłótni z Melanią czy matką. Oczywiście kłótnia z tą pierwszą zawsze kończy się opieprzem przez tą drugą. Tyle o ile wszelkie zatargi z Melanią mi wiszą, tak z matką jednak kłócić się nie lubię, zawsze była wzorem do naśladowania, miła, pewna siebie i zdolna. Lubie kiedy mówi, że i ja mogę osiągnąć wszystko to co i ona posiada.
Wybudziłam się ponownie przez jakiś hałas po mojej lewej.
Co było dalej? Nie mogę sobie przypomnieć, wszystko przypomina mi się dopiero we śnie. Więc dlaczego znowu ciekną mi po twarzy łzy?
- Proszę pani, ona płacze? - Gdzieś w oddali usłyszałam głos Klementyny.
Ponownie czułam, że Morfeusz chwyta mnie w swoje ramiona. Jeszcze chwila Riley, dasz radę nie zasypiać, porusz się!
- Mówiłam ci, żebyś nazywała mnie ciocią, tak będzie milej. - Nie wiedziałam kto wypowiedział to zdanie, w każdym razie nie miałam nawet czasu się zastanowić, bo znów zasnęłam.
Nagle gdzieś za nami rozległ się przeraźliwy huk, usłyszałam też intensywne zgrzytanie metalu o metal.
- O kurwa!- Tata nie był w stanie zapanować nad bluźnierstwem. Puścił pod nosem siarczystą wiązankę, skręcił gwałtownie i dopiero teraz udało mi się dostrzec zderzające się za nami samochody. Coraz bliżej.
- Szybciej! - Wykrzykiwała mama, panicznie mocując się z pasem. Boże, czy ona go nie zapięła?!
Zarejestrowałam jeszcze moment w którym ojciec uderzył w drzewo.
- Riley?! - Poczułam jak ktoś szturcha mnie w ramie. - Boże ciociu poruszyła się! - Tym razem głos Klementyny był nie do zniesienia. W głowie mi huczało, cały czas słyszałam odgłos uderzania samochodem w drzewo.
-Cicho bądź.- Wychrypiałam. O dziwo udało mi się w końcu rozewrzeć powieki. Światło oślepiło mnie tak bardzo, że automatycznie ponownie je zamknęłam. Zmusiłam się do szybkiego i bardzo częstego mrugania, starając się przy okazji mieć jak najdłużej otwarte oczy.
Klementyna siedziała po lewej stronie mojego łózka, twarz zaczerwienioną miała od płaczu. Za jej plecami stała jakaś nieznana mi kobieta. Postawna, lekko przy kości, włosy miała brązowe z pofarbowanymi na czerwono końcówkami. Uśmiechała się przyjaźnie.
- Cześć Riley, mam na imię Valeria i póki co będę waszą opiekunką. - Pochyliła się i poprawiła moją białą, jak się mogę domyśleć po wystroju pokoju, szpitalną kołdrę. - Pozwól, że opowiem ci wszystko później a teraz zawołam lekarza, ok?
- Ok. - Odparłam tylko.
Przez kilka kolejnych dni Valeria się nie pojawiła. Klementyna i Melania również. Nikt nie chciał mi też powiedzieć nic na temat mamy i taty. Lekarze unikali odpowiedzi, pielęgniarki robiły tylko pocieszające uśmieszki. Trzeba by być idiotką, żeby nie domyśleć się, że wszystko jest nie tak jak powinno.
Stałam obok szpitalnego łóżka, ubrana w to co znalazłam w płóciennej czarnej torbie z błyskawicą, mojej ale porzuconej przeze mnie lata tamu gdzieś w czeluściach mojej szafy. Ktoś naszykował dla mnie świeżą koronkową bieliznę, wyciągając ją modliłam się, żeby nie okazało się, że pakował to tata, czarną koszulkę na ramiączka, czarną siatkę z tiulu, moje ulubione czarne trampki i jasne znoszone dżinsy. Siatka, mimo upału okazała się znakomitym pomysłem, niby trochę lepiła się do ciała, ale maskowała zadrapania i siniaki.
Za oknem oczywiście świeciło słońce, niebo było bezchmurne i raczej nic nie wskazywało na żadne ochłodzenie się. I dobrze w końcu stąd wyjdę i pooddycham świeżym powietrzem. Upalnym gęstym, ale świeżym.
- Och! Ledwo skończyło się śniadanie a Ty już gotowa? - W progu mojego pokoju stanęła młoda, dość ładna pielęgniarka, o długich blond włosach spiętych w niskiego koka.
Przez ostatnie sześć dni to właśnie ją widziałam tutaj najczęściej. Czasem przychodził też lekarz, starszy, siwy, krępy pan ze śmieszną wadę wymowy, uniemożliwiającą mu poprawne wymówienie litery r.
- Tak, wiadomo już kiedy ktoś po mnie przyjdzie? Chciałabym stąd w końcu wyjść. - Uśmiechnęłam się lekko przekrzywiając głowę w bok, przy okazji wsunęłam za ucho niesforny kosmyk.
- Ym, więc tak. Pani psycholog czeka na ciebie w tak zwanej bawialni. Widzisz, wypadałoby żebyś w końcu dowiedziała się co stało się tamtego dnia Riley. - Popatrzyła na mnie a na jej twarzy dostrzegłam mieszaninę troski i współczucia. To nie wróży nic dobrego.
- Prowadź. - Stuknęłam się bezradnie otwartą dłonią w bok uda, po czym ruszyłam za miss pielęgniarek.
Gdy dotarłam na miejsce zobaczyłam za szklanymi drzwiami pokoik wypełniony małymi krzesełkami i stolikami, dywan był oczywiście taki sam jak u większości małych chłopców, z wydrukowanym miastem i ulicami, dobry do zabawy samochodzikami. Na regałach piętrzyły się książki z bajkami dla dzieci, gdzieniegdzie walały się klocki i pluszowe misie. Na szklanych drzwiach przyklejono różową kartkę z wypisanym zielonym flamastrem słowem "Bawialnia". W rogu pomieszczenia dostrzegłam czerwoną, skórzaną kanapę, postawioną tam zapewne dla rodziców bawiących się malców, w tym momencie zajęta jednak była przez rudą, szczupłą i bardzo elegancką kobietę. W pomieszczeniu oczywiście nie było żadnych dzieci.
Poczułam jak pali mnie cała twarz, więc instynktownie dotknęłam dłonią obitego policzka. W końcu zebrałam się na odwagę i nacisnęłam klamkę.
- Powodzenia. - Rzuciła za mną smutnym głosem pielęgniarka.
*********************************************************
Mam nadzieję, że spotkamy się też przy rozdziale pierwszym♥
To do poczytania!
~Riley
środa, 4 kwietnia 2018
Ekstazy - Riley x Kastiel
Z początku robiliśmy to na kanapie, siedziałam na nim przodem i gdy unosiłam się i opadałam w rytm muzyki, czułam się niemalże tak, jakbym kręciła piruety. Jestem kompletnie pijana i ledwo panuję nad swoim ciałem. Wiem, że moje ruchy są teraz nie zgrabne, bo kołysanie które czuje w głowie uniemożliwia mi jakąkolwiek koncentracje. Cały czas nie rozumiem, czemu myśli uciekają mi na bieżąco.
Poczułam jak czerwonowłosy nagle obejmuje moją talie, po czym podnosi mnie i przechodzi kilka kroków. Z kłopotem klęknął, po czym runęliśmy na dywan. Ból który poczułam w lewej łopatce i tak nie był na tyle mocny, żebym oprzytomniała i chodź na chwile pomyślała o... Właśnie,o kim powinnam teraz myśleć?
Mieszkanie Kastiela całkowicie go przypomina. Wszystko tutaj jest w odcieniach czerni, szarości i czerwieni. Wszędzie panuje też lekki nieład. Płyty są w sumie porozwalane wszędzie gdzie się da, na komodzie, na stoliku, przy małym kominku i ... Koncentrowanie się na szczegółach sprawiło, że przez chwilę pomyślałam o innym miejscu, zadbanym pokoju, w którym wszystko ma swoje miejsce i o salonie gdzie wisi pełno rodzinnych zdjęć chłopaka z Heterochronią Iridium*.
Z powrotem we mnie wszedł wyrywając mnie z zamyśleń. On jest taki... Seksowny, dokładny i... sama nie wiem, czuły? Tak, wydaję mi się, że podczas seksu, można powiedzieć, że Kastiel jest czuły.
Pochylił nade mną twarz, po czym zaraz złączył nasze usta w pocałunku. Gdy się lekko odsunął, zauważyłam między nami cienkie linki, z mieszanki naszych ślin. W końcu ponownie wyrównaliśmy rytm. Penis Kastiela doprowadzał ścianki mojej pochwy do szaleństwa, czułam, że zaraz dojdę. Jęknęłam głośno i przejechałam paznokciami po jego plecach. Chyba zrozumiał, bo zaczął wchodzić we mnie szybciej, dociskając się dokładniej z każdym pchnięciem. Chwilę później skończyliśmy oboje.
Ześlizgnął się ze mnie i położył się obok na boku, przyglądając się czujnie mojej twarzy.
- To było... - Zaśmiał się krótko i chrapliwie, zakładając czerwone włosy za ucho.
- Niewłaściwe? Całkowicie bez sensu i raniące innych? - Słowa wypłynęły ze mnie zanim dobrze je przemyślałam, bo nagle w myślach ujrzałam zasmuconą twarz Lysandra.
- Chciałem raczej powiedzieć, że niesamowite. - Podniósł się i zaczął zbierać nasze ubrania z podłogi. - Ale to było chwilę temu. Ubieraj się. - Rzucił mi moje ciuchy.
Wciągnęłam przez głowę sportowy stanik i czarną koszulką na ramiączka. Chwilę męczyłam się z rozplątaniem stringów, które postanowiły się zbuntować. Jakieś pięć minut później miałam już na sobie szare rurki, czarne trampki za kostki i szarą, prześwitującą koszulę, którą związałam w tali, bo i tak była pomięta. Przeczesałam palcami włosy i odwróciłam się w stronę Kastiela.
Wciągnęłam przez głowę sportowy stanik i czarną koszulką na ramiączka. Chwilę męczyłam się z rozplątaniem stringów, które postanowiły się zbuntować. Jakieś pięć minut później miałam już na sobie szare rurki, czarne trampki za kostki i szarą, prześwitującą koszulę, którą związałam w tali, bo i tak była pomięta. Przeczesałam palcami włosy i odwróciłam się w stronę Kastiela.
- I może teraz mi powiesz, że mam spadać?- Spytałam, wyczytując z wyrazu jego twarzy, że raczej jest wkurwiony.
- Teraz, powiem ci coś, co zapewne zapamiętasz do końca życia, bo jeszcze nigdy nie byłem tak miły. - Stanął przede mną, uśmiechnął się zawadiacko i cmoknął mnie w nos. - Chodźmy na kolację.
To jedno zdanie wystarczyło, żeby totalnie mnie zamurowało. Kastiel i kolacja? Wydawało mi się, że to raczej typ który zaraz po wszystkim będzie kazał mi spierdalać. Skinęłam lekko głową i ruszyliśmy w stronę drzwi.
Byłam pewna, że jeszcze będę żałować tego wszystkiego.
Kilka dni później czułam się jak gówno. Siedzieliśmy na murku przed szkołą, ja między kolanami Lysandra, Kastiel i Alexy po naszej prawej, Amber i Li po lewej.
Najbardziej irytujące było to, że wszyscy zachowywali się totalnie normalnie. Amber i Li jak zwykle prześcigały się w podawaniu nam nowinek, Alexy śmiał się co chwilę jak szalony a Kastiel z aprobatą spoglądał na tyłek Li za każdym razem, gdy ta zeskakiwała śmiesznie z murka i schylała się po coś do torby. Jedyną różnicą w jego zachowaniu było to, że czasem rzucał mi zaciekawione spojrzenie, gdy dłuższą chwilę nie wtrącałam się do rozmowy. Normalnie zawsze mnie zlewał. Do tego wszystkiego dochodził jeszcze Lysiek, który zachowywał się jeszcze bardziej czule niż zwykle. Co chwila całował mnie w bok szyi i delikatnie gładził dłonią moje udo. Tak jakbyśmy nigdy się nie pokłócili. Zaczął się tak zachowywać kolejnego dnia, zaraz po tym, jak zdradziłam go z Kastielem.
- Śpisz? - Lysiek uszczypnął mnie lekko w udo, aby wyrwać mnie z mojego świata.
- Y co? Sorki, nie. Zamyśliłam się. - Odwróciłam się i cmoknęłam go lekko w policzek. Kastiel rzucił mi przelotne spojrzenie.
- Myśli o mnie - Rzucił i wytknął lekko język.
- O tobie to na pewno. - Lysander dał mu kuksańca uśmiechając się, totalnie nieświadom tego co stało się cztery dni temu, gdy po naszej kłótni pojechał do rodziców. Ja też chyba nie do końca byłam tego świadoma, bo nic nie mogłam sobie przypomnieć. Nie wytrzymałam.
- Zdradziłam cię - Wymamrotałam patrząc na drzewo na przeciw nas.
- Co? - W jego głosie słychać było bardzo wyraźnie niedowierzanie. Zrzucił mnie z murka i łapiąc za ramiona odwrócił w swoja stronę. - Powtórz proszę co powiedziałaś. - Wycedzić przez zęby, po czym uniósł koniuszkiem palca wskazującego moją brodę, zmuszając mnie tym samym do spojrzenia mu w oczy.
- Zdra-dzi-łam cię. - Wyjąkałam, próbując powstrzymać cieknące po moich policzkach łzy. Wszyscy zamilkli.
Chwilę później stało się coś niesamowitego. Lysander, zamiast zrobić szopkę, zbesztać mnie czy cokolwiek, po prostu zamknął mnie w stalowym uścisku. Byłam pewna, że płacze, bo poczułam jak mokną mi włosy.
- Rozumiem. - Powiedział tylko, dalej nie wypuszczając mnie z objęć. - Ja...
- Zrobiła to ze mną. - Kastiel przyglądał się naszej reakcji.
I właśnie teraz wszystko się zmieniło. Lysiek oderwał się ode mnie i odsunął mnie na odległość wyciągniętej ręki. Jego twarz zdradzała teraz tyle emocji.
- Zrobiłaś to z Kastielem? - Ponownie trzymał mnie za ramiona, tym razem jednak ze znacznie większą siłą.
Odwróciłam głowę i zerknęłam na Alexego, szukając pomocy, ten jednak, pokręcił tylko głową i ruszył w stronę szkoły, ciągnąc za sobą Li i Amber. Już wiedziałam, że nie mam co więcej na niego liczyć tego dnia.
- Pytam! - Krzyknął tak głośno, że aż podskoczyłam.
- T-tak. - Zaniosłam się szlochem.
Milczał chwilę po czym zeskoczył z murka.
- Jesteście dla mnie nikim. Dwa śmiecie, nic więcej. - Wyrzucił z siebie na odchodne.
Kastiel ruszył za nim, nie zaszczycając mnie nawet krótkim spojrzeniem.
Postanowiłam darować sobie resztę lekcji tego dnia.
W domu cały czas starałam dodzwonić się do Lysandra i Kastiela, oczywiście na próżno, bo obaj mieli wyłączone telefony.
Godziny mijały a ja byłam w totalnej rozsypce. Zdradziłam chłopaka którego kocham, z jego najlepszym przyjacielem. W dodatku, dopiero teraz zdałam sobie sprawę z tego, że polubiłam Kastiela dopiero na tej cholernej kolacji. Polubiłam, nic więcej.
Próbując zająć czymś myśli prałam, odkurzałam, czyściłam blaty i szafki. Sprzątanie nie pomagało, więc poszłam pobiegać.
Zmęczenie jakie poczułam po ponad dwugodzinnym biegu, sprawiło, ze zasnęłam niemalże od razu po prysznicu.
Po ponad tygodniu nadal nie miałam kontaktu z chłopakami. Wróciłam do szkoły dwa dni temu, ale z tego co dowiedziałam się od Alexego, nie było ich tak długo jak i mnie.
Jedyną pozytywną niespodzianką w tym wszystkim, było to, że nikt z paczki się nie wygadał, więc i w szkole nie zrobiło się głośno na temat tego wszystkiego.
Dziwne było też to, że nagle Li zrobiła się jakby bardziej otwarta w stosunku do mnie. Cały czas o coś zagadywała, siadała ze mną na lekcjach, tym samym zmuszając Amber, do zajęcia innego miejsca. Poprawiała mi włosy i podawała chusteczkę za każdym razem kiedy tylko widziała łzy napływające do moich oczu a przecież nigdy nie byłyśmy sobie bliskie. To właśnie po niej spodziewałam się kpin i plotek.
Zaraz po dzwonku sygnalizującym koniec ostatniej lekcji dostałam smsa od Lysandra.
"Jak możesz i masz ochotę, przyjdź po szkole do parku, tego co zawsze. Ja i Kastiel chcemy z Tobą pogadać."
Oczywiście, że chciałam. Nie czekając na nikogo wybiegłam ze szkoły i popędziłam w stronę parku. W głowie miałam już multum scenariuszy. Może się pogodzimy, może jakoś mi to wybaczy? A może jednak zdecyduje, że nie chce dłużej mnie znać? I po co ciągnął też Kastiela?
Przed bramką do parku zamarłam. Cała odwaga która towarzyszyła mi przed chwilą, gdzieś właśnie wyparowała.
- Hej. - Usłyszałam po swojej prawej głos Kastiela.
- Cześć. - Nie potrafiłam spojrzeć mu w oczy, ale mimo wszystko to, że nie czekał na mnie z Lysandrem dodało mi trochę otuchy. Nie musiałam iść dalej sama.
Szliśmy w stronę altanki, Lysiek już na nas czekał i z daleka widziałam jego zniesmaczoną minę, gdy zobaczył nas razem.
- Zapraszam! - Krzyknął kpiąco.
Dalej nie patrząc na Kastiela, weszłam do altanki i usiadłam naprzeciwko Lyśka. Kastiel usiadł pomiędzy nami, tak, że od każdego z nas dzielił go około metr.
Nikt nie chciał zacząć tej rozmowy, wiec cisza przeciągała się w nieskończoność. W końcu postanowiłam zebrać się w sobie i zacząć kiedy usłyszałam, głos Kastiela.
- Ok, niech będzie ja zacz...
- Nie. - Mój, zapewne były teraz już chłopak, przerwał mu stanowczo. - To ja chcę wam coś powiedzieć.- Zamilkł na chwilę. Gdy znów się odezwał już po tonie jego głosu wiedziałam, że to co powie mnie zniszczy. - Nie obchodzą mnie wasze tłumaczenia. Mam gdzieś, że piliście i nie dotarło do was co robicie. Mam gdzieś, że ty chuju - popatrzył na Kastiela - podałeś nic nieświadomej Riley ekstazy. Rozumiem, że ty za to - teraz spojrzał na mnie - nie do końca potrafiłaś się skupić i nie rozumiałaś co się dzieje. - W tym momencie zdałam sobie sprawę z tego, że faktycznie wszystko pamiętam jak przez mgłę a części nie kojarzę wcale. W sumie prawię nic poza kolacją. Wiem mimo wszystko, że na pewno uprawiałam seks z Kastielem. - I mimo, że wiem już to wszystko, to i tak nie umiem ci wybaczyć Riley. Nawet jeśli nie miałaś na to większego wpływu. - Przerwał na chwilę, żeby zaczerpnąć powietrza. Widać było, że intensywnie nad czymś rozmyśla i kłóci się sam ze sobą, zawsze gdy tak jest, marszczy brwi i na czole wychodzi mu pionowa żyła, zaraz nad prawym łukiem brwiowym. - Nie, źle mówię. Potrafiłbym ci to wybaczyć. Nie potrafię wybaczyć sobie. Bo w czasie kiedy mój najlepszy przyjaciel gwałcił, bo inaczej się tego nazwać nie da, moją nie do końca świadomą dziewczynę, ja pukałem Li. Wkurwiony, ale całkowicie świadom wszystkiego i mimo, że nic do niej nie czuję i nadal cię kocham, to wiem, że nie będziemy już umieli normalnie ze sobą żyć. Nie będę potrafił spojrzeć na ciebie i nie pomyśleć, że zamiast być z tobą tego wieczoru, dałem się ponieść emocją z powodu głupiej kłótni i tym samym zostawiłem cię samą z Kastielem.
- Ja, Lysander...
- Wiesz już wszystko. - Przerwał mi. - Teraz sama zadecyduj co z tym zrobisz. Jeśli chcesz to zgłosić, potwierdzę twoją wersje, ale póki co nie dzwoń do mnie w innej sprawie. - Wstał z ławki i ruszył w stronę wyjścia szybkim krokiem a ja starałam się zabrać myśli i poukładać fakty.
Więc Kastiel podał mi ekstazy, to tłumaczy, czemu w ogóle uprawiałam z nim seks. Powinnam to gdzieś zgłosić? Przecież później już chyba całkiem trzeźwa poszłam z nim na kolacje. Lysander po naszej kłótni poszedł pierdolić się z Li i pewnie dlatego była dla mnie taka milusia. A myślałam, że siedział u rodziców. Więc Lysander wszystko mi wybaczył? Z drugiej, czy ja wybaczam jemu?
Zerwałam się na równe nogi.
- Riley. - Kastiel odwrócił wzrok jak tylko złapaliśmy kontakt. - Zamierzasz to zgłosić? - Po głosie słyszałam, że jest totalnie załamany. - Ja... - Spojrzał gdzieś ponad moją głowę, najwyraźniej widząc na niebie coś co było na tyle interesujące, że postanowił badać to chwilę wzrokiem nim znów się odezwał. - Wiem, że nie ma to teraz dla ciebie znaczenia, bo cię skrzywdziłem, ale są powody dla których nie chcę, żebyś udała się na policje.
- Bo zniszczę ci przyszłość? - Warknęłam tylko oburzona faktem, że nic sobie nie robi z tego, że cała ochota na seks z nim jaką wtedy posiadałam była spowodowana podaniem mi ekstazy. Milczał jeszcze chwilę.
- Bo jestem w tobie zakochany. Liczyłem, że może uda nam się kiedyś być razem czy coś...
- Nie wierze Kastiel. To co mówisz jest po prostu żałosne! Zniszczyłeś mi życie i teraz liczysz na związek czy coś? Przecież ta głupia kłótnia z Lyśkiem była przez ciebie! To Ty powiedziałeś mi, że kręci z Rozalią! - Wybiegłam z altanki. Wiem, że Kastiel ruszył za mną szybkim krokiem, wiec przyspieszyłam. Wszystko co działo się teraz w mojej głowie było tak niepoukładane. Widziałam wszystko. Pierwsze spotkanie z Lyśkiem i Kastielem. Niewyobrażalne szczęście jakie poczułam, gdy okazało się że Lysander chodzi do liceum które wybrałam. Bal dobroczynny organizowany przez rodziców Alexego, na który Lysiek mnie zaprosił i gdzie pierwszy raz mnie pocałował. Nasz pierwszy raz, wspólną naukę, moment kiedy zdał prawo jazdy. Wszystkie wspomnienia do mnie wracały. Nie chciałam, żeby to się skończyło. Wiem, że to będzie ciężkie, ale wybaczę mu seks z Li.
Zobaczyłam Lysandra kiedy był już prawie przy ulicy, za bramką parku. Przyśpieszyłam jeszcze bardziej i zatrzymałam go na środku jezdni.
- Mam w dupie, że pieprzyłeś Li! - Łzy ciekły mi po twarzy tak bardzo, że przecieranie ich ręką mnie miało sensu. - W dupie mam to, że sobie nie wybaczysz! Nie chce żebyś kończył to wszystko!
- Riley, ja - Wyciągnął dłoń w moją stronę a potem...
Wszystko stało się bardzo szybko usłyszałam głośny klakson i poczułam silne ramiona Lysandra wokół mojej talii, gdzieś w oddali chyba Kastiel krzyknął moje imię. Zanim poczułam przeszywający całe ciało ból i usłyszałam swój jęk, zdążyłam jeszcze odwrócić głowę i zobaczyć wielki, rozpędzony biały tir jadący w naszą stronę.
Pamiętam całe to wydarzenie bardzo dokładnie. Tri, Ril krzycząca coś do Lysandra, klakson, mój krzyk a potem dwa ciała splecione w uścisku, lecące z impetem kilkanaście metrów do przodu, pod wpływem uderzenia.
To był idealny związek, nim wtrąciłem się między nich, ale chciałem po prostu mieć ją dla siebie, na zawsze, na własność. Gdybym to wszystko rozegrał inaczej. Gdybym w porę powiedział jej co czuje, zamiast ją zlewać i tym samym pozwalać, żeby to do Lyśka się zbliżyła, może teraz siedzielibyśmy gdzieś w na plaży, opaleni i roześmiani, z Lyśkiem, który byłby tylko przyjacielem. Może rodzice dziewczyny którą kocham nie musieli by się decydować, z myślą, że wszystko było między nimi dobrze, na pochowanie swojej jedynej córki w grobie, z chłopakiem, który zapewne kochał ją tak samo mocno jak ja, a którego ja nienawidziłem.
A może najlepiej dla niej było by gdyby w ogóle mnie nie poznała...
___________________________________________________
* Heterochromia Iridium - Występuje wówczas, gdy obie tęczówki mają inną barwę.
Jak widzicie, albo może nie, bo może jesteście tu pierwszy raz, ten One Shot został poprawiony. Myślę, że pierwowzór był fajnym pomysłem, ale za słabo napisanym. Nie pisałam ze dwa lata, dużo czytałam, analizowałam i mam nadzieje, że teraz mój styl troszkę się poprawił. staram się w końcu skupić nie tylko na dialogach, ale przede wszystkim na opisie sytuacji i interpunkcji której szczerze nienawidzę ;D
Pozostawiam wam moje wypociny do oceny ;D
Pozdrawiam.
~ Riley
To jedno zdanie wystarczyło, żeby totalnie mnie zamurowało. Kastiel i kolacja? Wydawało mi się, że to raczej typ który zaraz po wszystkim będzie kazał mi spierdalać. Skinęłam lekko głową i ruszyliśmy w stronę drzwi.
Byłam pewna, że jeszcze będę żałować tego wszystkiego.
Kilka dni później czułam się jak gówno. Siedzieliśmy na murku przed szkołą, ja między kolanami Lysandra, Kastiel i Alexy po naszej prawej, Amber i Li po lewej.
Najbardziej irytujące było to, że wszyscy zachowywali się totalnie normalnie. Amber i Li jak zwykle prześcigały się w podawaniu nam nowinek, Alexy śmiał się co chwilę jak szalony a Kastiel z aprobatą spoglądał na tyłek Li za każdym razem, gdy ta zeskakiwała śmiesznie z murka i schylała się po coś do torby. Jedyną różnicą w jego zachowaniu było to, że czasem rzucał mi zaciekawione spojrzenie, gdy dłuższą chwilę nie wtrącałam się do rozmowy. Normalnie zawsze mnie zlewał. Do tego wszystkiego dochodził jeszcze Lysiek, który zachowywał się jeszcze bardziej czule niż zwykle. Co chwila całował mnie w bok szyi i delikatnie gładził dłonią moje udo. Tak jakbyśmy nigdy się nie pokłócili. Zaczął się tak zachowywać kolejnego dnia, zaraz po tym, jak zdradziłam go z Kastielem.
- Śpisz? - Lysiek uszczypnął mnie lekko w udo, aby wyrwać mnie z mojego świata.
- Y co? Sorki, nie. Zamyśliłam się. - Odwróciłam się i cmoknęłam go lekko w policzek. Kastiel rzucił mi przelotne spojrzenie.
- Myśli o mnie - Rzucił i wytknął lekko język.
- O tobie to na pewno. - Lysander dał mu kuksańca uśmiechając się, totalnie nieświadom tego co stało się cztery dni temu, gdy po naszej kłótni pojechał do rodziców. Ja też chyba nie do końca byłam tego świadoma, bo nic nie mogłam sobie przypomnieć. Nie wytrzymałam.
- Zdradziłam cię - Wymamrotałam patrząc na drzewo na przeciw nas.
- Co? - W jego głosie słychać było bardzo wyraźnie niedowierzanie. Zrzucił mnie z murka i łapiąc za ramiona odwrócił w swoja stronę. - Powtórz proszę co powiedziałaś. - Wycedzić przez zęby, po czym uniósł koniuszkiem palca wskazującego moją brodę, zmuszając mnie tym samym do spojrzenia mu w oczy.
- Zdra-dzi-łam cię. - Wyjąkałam, próbując powstrzymać cieknące po moich policzkach łzy. Wszyscy zamilkli.
Chwilę później stało się coś niesamowitego. Lysander, zamiast zrobić szopkę, zbesztać mnie czy cokolwiek, po prostu zamknął mnie w stalowym uścisku. Byłam pewna, że płacze, bo poczułam jak mokną mi włosy.
- Rozumiem. - Powiedział tylko, dalej nie wypuszczając mnie z objęć. - Ja...
- Zrobiła to ze mną. - Kastiel przyglądał się naszej reakcji.
I właśnie teraz wszystko się zmieniło. Lysiek oderwał się ode mnie i odsunął mnie na odległość wyciągniętej ręki. Jego twarz zdradzała teraz tyle emocji.
- Zrobiłaś to z Kastielem? - Ponownie trzymał mnie za ramiona, tym razem jednak ze znacznie większą siłą.
Odwróciłam głowę i zerknęłam na Alexego, szukając pomocy, ten jednak, pokręcił tylko głową i ruszył w stronę szkoły, ciągnąc za sobą Li i Amber. Już wiedziałam, że nie mam co więcej na niego liczyć tego dnia.
- Pytam! - Krzyknął tak głośno, że aż podskoczyłam.
- T-tak. - Zaniosłam się szlochem.
Milczał chwilę po czym zeskoczył z murka.
- Jesteście dla mnie nikim. Dwa śmiecie, nic więcej. - Wyrzucił z siebie na odchodne.
Kastiel ruszył za nim, nie zaszczycając mnie nawet krótkim spojrzeniem.
Postanowiłam darować sobie resztę lekcji tego dnia.
W domu cały czas starałam dodzwonić się do Lysandra i Kastiela, oczywiście na próżno, bo obaj mieli wyłączone telefony.
Godziny mijały a ja byłam w totalnej rozsypce. Zdradziłam chłopaka którego kocham, z jego najlepszym przyjacielem. W dodatku, dopiero teraz zdałam sobie sprawę z tego, że polubiłam Kastiela dopiero na tej cholernej kolacji. Polubiłam, nic więcej.
Próbując zająć czymś myśli prałam, odkurzałam, czyściłam blaty i szafki. Sprzątanie nie pomagało, więc poszłam pobiegać.
Zmęczenie jakie poczułam po ponad dwugodzinnym biegu, sprawiło, ze zasnęłam niemalże od razu po prysznicu.
Po ponad tygodniu nadal nie miałam kontaktu z chłopakami. Wróciłam do szkoły dwa dni temu, ale z tego co dowiedziałam się od Alexego, nie było ich tak długo jak i mnie.
Jedyną pozytywną niespodzianką w tym wszystkim, było to, że nikt z paczki się nie wygadał, więc i w szkole nie zrobiło się głośno na temat tego wszystkiego.
Dziwne było też to, że nagle Li zrobiła się jakby bardziej otwarta w stosunku do mnie. Cały czas o coś zagadywała, siadała ze mną na lekcjach, tym samym zmuszając Amber, do zajęcia innego miejsca. Poprawiała mi włosy i podawała chusteczkę za każdym razem kiedy tylko widziała łzy napływające do moich oczu a przecież nigdy nie byłyśmy sobie bliskie. To właśnie po niej spodziewałam się kpin i plotek.
Zaraz po dzwonku sygnalizującym koniec ostatniej lekcji dostałam smsa od Lysandra.
"Jak możesz i masz ochotę, przyjdź po szkole do parku, tego co zawsze. Ja i Kastiel chcemy z Tobą pogadać."
Oczywiście, że chciałam. Nie czekając na nikogo wybiegłam ze szkoły i popędziłam w stronę parku. W głowie miałam już multum scenariuszy. Może się pogodzimy, może jakoś mi to wybaczy? A może jednak zdecyduje, że nie chce dłużej mnie znać? I po co ciągnął też Kastiela?
Przed bramką do parku zamarłam. Cała odwaga która towarzyszyła mi przed chwilą, gdzieś właśnie wyparowała.
- Hej. - Usłyszałam po swojej prawej głos Kastiela.
- Cześć. - Nie potrafiłam spojrzeć mu w oczy, ale mimo wszystko to, że nie czekał na mnie z Lysandrem dodało mi trochę otuchy. Nie musiałam iść dalej sama.
Szliśmy w stronę altanki, Lysiek już na nas czekał i z daleka widziałam jego zniesmaczoną minę, gdy zobaczył nas razem.
- Zapraszam! - Krzyknął kpiąco.
Dalej nie patrząc na Kastiela, weszłam do altanki i usiadłam naprzeciwko Lyśka. Kastiel usiadł pomiędzy nami, tak, że od każdego z nas dzielił go około metr.
Nikt nie chciał zacząć tej rozmowy, wiec cisza przeciągała się w nieskończoność. W końcu postanowiłam zebrać się w sobie i zacząć kiedy usłyszałam, głos Kastiela.
- Ok, niech będzie ja zacz...
- Nie. - Mój, zapewne były teraz już chłopak, przerwał mu stanowczo. - To ja chcę wam coś powiedzieć.- Zamilkł na chwilę. Gdy znów się odezwał już po tonie jego głosu wiedziałam, że to co powie mnie zniszczy. - Nie obchodzą mnie wasze tłumaczenia. Mam gdzieś, że piliście i nie dotarło do was co robicie. Mam gdzieś, że ty chuju - popatrzył na Kastiela - podałeś nic nieświadomej Riley ekstazy. Rozumiem, że ty za to - teraz spojrzał na mnie - nie do końca potrafiłaś się skupić i nie rozumiałaś co się dzieje. - W tym momencie zdałam sobie sprawę z tego, że faktycznie wszystko pamiętam jak przez mgłę a części nie kojarzę wcale. W sumie prawię nic poza kolacją. Wiem mimo wszystko, że na pewno uprawiałam seks z Kastielem. - I mimo, że wiem już to wszystko, to i tak nie umiem ci wybaczyć Riley. Nawet jeśli nie miałaś na to większego wpływu. - Przerwał na chwilę, żeby zaczerpnąć powietrza. Widać było, że intensywnie nad czymś rozmyśla i kłóci się sam ze sobą, zawsze gdy tak jest, marszczy brwi i na czole wychodzi mu pionowa żyła, zaraz nad prawym łukiem brwiowym. - Nie, źle mówię. Potrafiłbym ci to wybaczyć. Nie potrafię wybaczyć sobie. Bo w czasie kiedy mój najlepszy przyjaciel gwałcił, bo inaczej się tego nazwać nie da, moją nie do końca świadomą dziewczynę, ja pukałem Li. Wkurwiony, ale całkowicie świadom wszystkiego i mimo, że nic do niej nie czuję i nadal cię kocham, to wiem, że nie będziemy już umieli normalnie ze sobą żyć. Nie będę potrafił spojrzeć na ciebie i nie pomyśleć, że zamiast być z tobą tego wieczoru, dałem się ponieść emocją z powodu głupiej kłótni i tym samym zostawiłem cię samą z Kastielem.
- Ja, Lysander...
- Wiesz już wszystko. - Przerwał mi. - Teraz sama zadecyduj co z tym zrobisz. Jeśli chcesz to zgłosić, potwierdzę twoją wersje, ale póki co nie dzwoń do mnie w innej sprawie. - Wstał z ławki i ruszył w stronę wyjścia szybkim krokiem a ja starałam się zabrać myśli i poukładać fakty.
Więc Kastiel podał mi ekstazy, to tłumaczy, czemu w ogóle uprawiałam z nim seks. Powinnam to gdzieś zgłosić? Przecież później już chyba całkiem trzeźwa poszłam z nim na kolacje. Lysander po naszej kłótni poszedł pierdolić się z Li i pewnie dlatego była dla mnie taka milusia. A myślałam, że siedział u rodziców. Więc Lysander wszystko mi wybaczył? Z drugiej, czy ja wybaczam jemu?
Zerwałam się na równe nogi.
- Riley. - Kastiel odwrócił wzrok jak tylko złapaliśmy kontakt. - Zamierzasz to zgłosić? - Po głosie słyszałam, że jest totalnie załamany. - Ja... - Spojrzał gdzieś ponad moją głowę, najwyraźniej widząc na niebie coś co było na tyle interesujące, że postanowił badać to chwilę wzrokiem nim znów się odezwał. - Wiem, że nie ma to teraz dla ciebie znaczenia, bo cię skrzywdziłem, ale są powody dla których nie chcę, żebyś udała się na policje.
- Bo zniszczę ci przyszłość? - Warknęłam tylko oburzona faktem, że nic sobie nie robi z tego, że cała ochota na seks z nim jaką wtedy posiadałam była spowodowana podaniem mi ekstazy. Milczał jeszcze chwilę.
- Bo jestem w tobie zakochany. Liczyłem, że może uda nam się kiedyś być razem czy coś...
- Nie wierze Kastiel. To co mówisz jest po prostu żałosne! Zniszczyłeś mi życie i teraz liczysz na związek czy coś? Przecież ta głupia kłótnia z Lyśkiem była przez ciebie! To Ty powiedziałeś mi, że kręci z Rozalią! - Wybiegłam z altanki. Wiem, że Kastiel ruszył za mną szybkim krokiem, wiec przyspieszyłam. Wszystko co działo się teraz w mojej głowie było tak niepoukładane. Widziałam wszystko. Pierwsze spotkanie z Lyśkiem i Kastielem. Niewyobrażalne szczęście jakie poczułam, gdy okazało się że Lysander chodzi do liceum które wybrałam. Bal dobroczynny organizowany przez rodziców Alexego, na który Lysiek mnie zaprosił i gdzie pierwszy raz mnie pocałował. Nasz pierwszy raz, wspólną naukę, moment kiedy zdał prawo jazdy. Wszystkie wspomnienia do mnie wracały. Nie chciałam, żeby to się skończyło. Wiem, że to będzie ciężkie, ale wybaczę mu seks z Li.
Zobaczyłam Lysandra kiedy był już prawie przy ulicy, za bramką parku. Przyśpieszyłam jeszcze bardziej i zatrzymałam go na środku jezdni.
- Mam w dupie, że pieprzyłeś Li! - Łzy ciekły mi po twarzy tak bardzo, że przecieranie ich ręką mnie miało sensu. - W dupie mam to, że sobie nie wybaczysz! Nie chce żebyś kończył to wszystko!
- Riley, ja - Wyciągnął dłoń w moją stronę a potem...
Wszystko stało się bardzo szybko usłyszałam głośny klakson i poczułam silne ramiona Lysandra wokół mojej talii, gdzieś w oddali chyba Kastiel krzyknął moje imię. Zanim poczułam przeszywający całe ciało ból i usłyszałam swój jęk, zdążyłam jeszcze odwrócić głowę i zobaczyć wielki, rozpędzony biały tir jadący w naszą stronę.
Pamiętam całe to wydarzenie bardzo dokładnie. Tri, Ril krzycząca coś do Lysandra, klakson, mój krzyk a potem dwa ciała splecione w uścisku, lecące z impetem kilkanaście metrów do przodu, pod wpływem uderzenia.
To był idealny związek, nim wtrąciłem się między nich, ale chciałem po prostu mieć ją dla siebie, na zawsze, na własność. Gdybym to wszystko rozegrał inaczej. Gdybym w porę powiedział jej co czuje, zamiast ją zlewać i tym samym pozwalać, żeby to do Lyśka się zbliżyła, może teraz siedzielibyśmy gdzieś w na plaży, opaleni i roześmiani, z Lyśkiem, który byłby tylko przyjacielem. Może rodzice dziewczyny którą kocham nie musieli by się decydować, z myślą, że wszystko było między nimi dobrze, na pochowanie swojej jedynej córki w grobie, z chłopakiem, który zapewne kochał ją tak samo mocno jak ja, a którego ja nienawidziłem.
A może najlepiej dla niej było by gdyby w ogóle mnie nie poznała...
___________________________________________________
* Heterochromia Iridium - Występuje wówczas, gdy obie tęczówki mają inną barwę.
Jak widzicie, albo może nie, bo może jesteście tu pierwszy raz, ten One Shot został poprawiony. Myślę, że pierwowzór był fajnym pomysłem, ale za słabo napisanym. Nie pisałam ze dwa lata, dużo czytałam, analizowałam i mam nadzieje, że teraz mój styl troszkę się poprawił. staram się w końcu skupić nie tylko na dialogach, ale przede wszystkim na opisie sytuacji i interpunkcji której szczerze nienawidzę ;D
Pozostawiam wam moje wypociny do oceny ;D
Pozdrawiam.
~ Riley
wtorek, 3 kwietnia 2018
Ogłoszenie ;)
Hej!
Nie wiem, czy ktokolwiek to zauważy, więc postanowiłam zrobić ogłoszenie, dziś poprawiłam pierwszy One Shot - Riley X Kastiel.
W najbliższych dniach pojawi się również poprawiona wersja Riley X Alexy.
Skąd pomysł na poprawę i odświeżenie? Tak więc nigdy nie byłam jakaś dobra w pisaniu a pisać chciałam zawsze. Czytając te opowiadania nabrałam weny na nowo, z tym tylko, że pomysł mi się podobał, poprzednie wykonanie - nie koniecznie.
Oczywiście pojawią się też nowe opowiadania. Dokąd nie wymyślę porządnej historii na pewno nie zdecyduje się na nic dłuższego, więc na ten moment mogę wam obiecać tylko One Shoty.
Jestem właśnie w trakcie pisania opowiadania Riley X Nataniel.
W każdym razie, nie zajmuje więcej czasu, pozdrawiam i po poczytania!
~ Riley
Nie wiem, czy ktokolwiek to zauważy, więc postanowiłam zrobić ogłoszenie, dziś poprawiłam pierwszy One Shot - Riley X Kastiel.
W najbliższych dniach pojawi się również poprawiona wersja Riley X Alexy.
Skąd pomysł na poprawę i odświeżenie? Tak więc nigdy nie byłam jakaś dobra w pisaniu a pisać chciałam zawsze. Czytając te opowiadania nabrałam weny na nowo, z tym tylko, że pomysł mi się podobał, poprzednie wykonanie - nie koniecznie.
Oczywiście pojawią się też nowe opowiadania. Dokąd nie wymyślę porządnej historii na pewno nie zdecyduje się na nic dłuższego, więc na ten moment mogę wam obiecać tylko One Shoty.
Jestem właśnie w trakcie pisania opowiadania Riley X Nataniel.
W każdym razie, nie zajmuje więcej czasu, pozdrawiam i po poczytania!
~ Riley
Subskrybuj:
Posty (Atom)